Dzień dobry, nazywam się Tomek Zieliński, a wy słuchacie piątego odcinka Retro-podcastu Informatyka Zakładowego.
Kilka ogłoszeń:
- Podcast jest już dostępny na wszystkich znaczących platformach i aplikacjach podcastowych. Jeśli gdzieś go jeszcze nie ma, a powinien być, proszę o sygnał.
- Rośnie liczba kanałów, którymi docieram do publiczności w internecie i coraz częściej zdarza się, że ktoś zna tylko jeden z nich i jest zaskoczony informacją o pozostałych. Chciałbym jest to uporządkować. Od 2020 roku prowadzę bloga o nazwie Informatyk Zakładowy (adres www.informatykzakladowy.pl). Są social media – mam konta na Twitterze, Facebooku oraz Linkedinie (łatwo je znajdziecie po nazwie Informatyk Zakładowy). A od 2026 nagrywam ten właśnie podcast, który trafia na YouTube’a i platformy podcastowe.
- Istnieje też newsletter rozsyłany e-mailem. No i właśnie – w początkowym zamyśle podcast miał być bonusem dla subskrybentów newslettera, ale wybił się na niezależność. Spróbuję więc innego podejścia. Na blogu będzie pojawiać się zapowiedź odcinka, a transkrypcja będzie dostępna tylko dla osób zapisanych na newsletter. Wypróbuję tę opcję od tego właśnie miesiąca.
- Ostatnie ogłoszenie. Odcinek specjalny o modemach został nagrany! Powinien zadebiutować w lipcu, bo jego montaż będzie nieco bardziej pracochłonny, ale zdecydowanie warto na niego czekać.
Tyle ogłoszeń. Zaczynajmy!
Niniejszy wpis zawiera jedynie fragmenty transkrypcji! Pełny zapis tekstowy tego odcinka dostępny jest dla subskrybentów newslettera, kliknij tutaj aby się zapisać (jeden mail na kilka tygodni i zero spamu!)
Retro-podcast Informatyka Zakładowego dostępny jest za darmo na wszystkich popularnych platformach podcastowych: Spotify, Apple Podcast, Dezeer, Pocket Casts, oraz na YouTube i jako RSS Feed.
Uwaga edytorska: zapis tekstowy został nieznacznie zmodyfikowany aby lepiej się go czytało.
Czerwiec 1996
W czerwcu tego roku ukazało się niewiele tekstów, które zainteresowały mnie po 30 latach, skupię się więc jedynie na dwóch tematach.
Zarówno CHIP, jak i PC World Komputer piszą o nowych wersjach przeglądarek, czyli Internet Explorer 2 oraz Netscape Navigator 2. Przypomnijmy sytuację rynkową w roku 1996. Pecety królują niepodzielnie. Macintoshe firmy Apple miały wtedy globalnie jakieś 5% rynku i systematycznie go traciły (przypomnijmy, że Jobs powrócił do Apple rok później, w roku 1997). Ponadto w Europie Macintoshy było ogólnie bardzo mało. 16-bitowce, takie jak Amiga czy Atari ST były na wymarciu. Linux był niszowym narzędziem dla hobbystów. Urządzenia mobilne były totalną niszą. Smartfonów jeszcze nie było. Słowem – PC to Windows i Internet to też Windows.
Były to dziwne czasy, w których przeglądarki przez krótką chwilę swojej historii były płatne. Na przykład Internet Explorer 1 był składnikiem „internetowego pakietu rozruchowego”, będącą częścią Microsoft Plus! dla Windows 95 – płatnego produktu rozprowadzonego za jakieś 40-50 dolarów.
Również Netscape Navigator 2.0 był płatny, choć jedynie dla firm. Użytkownicy prywatni nie musieli go kupować, natomiast użytkownicy komercyjni musieli zapłacić między 40 a 50 dolarów za sztukę, oczywiście przy zakupie większych ilości były dostępne zniżki. Wtedy jednak zaczął się trend rozdawania oprogramowania za darmo, po to, aby zdobyć większą część rynku i móc sprzedawać usługi na przykład reklamowe firmom, które chciały dotrzeć do użytkowników takiego darmowego oprogramowania.
Tutaj właśnie należy upatrywać popularności kluczowej nowości w Netscape Navigator 2.0, czyli pluginów, wtyczek do przeglądarki. Nie było ich jeszcze wtedy w Internet Explorer 2.0. Ważniejsze pluginy, które były opisane w artykule z czerwca 1996 to Shockwave, czyli produkt podobny do Flash’a, również produkowany przez firmę Macromedia, ale znacznie cięższy. Był to produkt zorientowany raczej na tworzenie multimedialnych prezentacji na płyty CD, ale możliwe było również tworzenie prezentacji czy też produktów multimedialnych na tyle małych, że dało się je osadzać w ówczesnych stronach internetowych. Nie zmienia to jednak faktu, że dopiero Flash, który miał rozbudowane opcje animacji wektorowej, spopularyzował się znacznie bardziej i przez wiele późniejszych lat był wszechobecny we wszystkich przeglądarkach internetowych.
Do innych pluginów, które zdobywały wówczas popularność, należał również Adobe PDF Reader, czyli plugin pozwalający na osadzanie dokumentów PDF bezpośrednio w stronach internetowych. Wtedy można było oglądać je w przeglądarce, nie było konieczności ściągania pliku i otwierania go w osobnym programie.
Bardzo popularnym programem, który na wiele, wiele lat zdominował swoją niszę, był również RealPlayer, czyli plugin pozwalający odtwarzać strumieniowaną muzykę i tak naprawdę stał się standardem w internetowych stacjach radiowych. Gdy otwieraliśmy w przeglądarce stronę zawierającą treści wymagające plugina, widzieliśmy jedynie szarą ramkę z informacją, że danej zawartości nie możemy odtworzyć, dopóki nie ściągniemy odpowiedniego plugina.
Takie pluginy jak Macromedia Flash, wspomniane przed chwilą, były praktycznie koniecznością, by surfować po stronach www, ponieważ wiele takich elementów jak animowane menu, reagujące na przykład na pozycję kursora myszy, było dostępnych jedynie w tym formacie i nie dało się nawigować po stronie internetowej, gdy Flasha nie mieliśmy.
Odwrót od tej technologii zaczął się dopiero dekadę później, gdy w roku 2007 premierę miał iPhone, stawiający na otwarte standardy webowe. No i Steve Jobs miał tu rację – wczesne Androidy miały w przeglądarce plug-in Flasha i efekty były tragiczne. Po pierwsze, taki plug-in wymagał o wiele więcej mocy obliczeniowej niż samo wyświetlanie stron internetowych, stylowanych za pomocą arkuszy CSS. Znakomita większość aplikacji, czy jakichś snippetów, pisanych we Flashu, zakładała, że użytkownik będzie przesuwał po ekranie wskaźnik myszy a w przypadku ekranu dotykowego nie sposób było zgadnąć, co trzeba dotknąć, albo co wskazać, żeby jakieś menu się rozwinęło. Słowem, Flash był tragicznie niedopasowany do interfejsów dotykowych.
No i tutaj właśnie iPhone, który wcale nie obsługiwał Flasha, przyczynił się do tego, że otwarte standardy webowe znowu powróciły na pierwszy plan. Zaczęto rozwijać te funkcje HTML-a, te funkcje przeglądarek, które pozwalały osiągać różnorakie animacje, różnorakie efekty multimedialne na wszystkich urządzeniach, a nie tylko tych, które były w stanie uruchomić plugin obsługujący Macromedia Flash.
Jeśli chodzi o Internet Explorera 2.0, był opisywany jako wyraźnie szybszy od konkurenta, ale sam nie miał jeszcze obsługi pluginów, czyli wtyczek. Te pojawiły się dopiero w Internet Explorerze 3, ale już od czwartej wersji Explorera Microsoft promował ActiveX, czyli standard, który można było porównać do Flasha, ale który przywiązywał użytkownika ściśle do technologii Microsoftu, zarówno po stronie klienckiej, jak i po stronie serwera.
ActiveX nie zyskał szerokiej popularności, ale w niektórych częściach świata został uznany za standard na stronach rządowych. Tak było w Korei Południowej. I to sprawiło, że de facto przez następne 20 lat w Korei Południowej Internet oznaczał Windows i Internet Explorer’a, ponieważ zanurzenie w ekosystem Microsoftu i używanie ActiveX na wszystkich stronach rządowych praktycznie uniemożliwiało użycie jakichkolwiek otwartych standardów, otwartych przeglądarek. Jeśli jakaś przeglądarka nie obsługiwała ActiveX, a Microsoft dbał o to, aby odpowiednio dobra obsługa była obecna jedynie w Internet Explorerze, to użytkownik nie miał tak naprawdę żadnej możliwości ruchu.
Korea Południowa zaczęła wycofywać się z ActiveX’a dopiero w okolicach roku 2015. No i zajęło to kolejnych kilka lat, aby wyzwolić się z niewoli Microsoftu, aby te zamknięte standardy pożegnać i aby dało się korzystać chociażby ze smartfonów, na których również nie działały strony zawierające osadzone elementy ActiveX.
Późne lata 90, to były dzikie czasy, gdy masa instalowanych programów bez pytania wpychała do przeglądarek swoje toolbary i pluginy – albo wręcz nie swoje, bo dystrybutorzy popularnego oprogramowania zarabiali na tym, że wstawiali do instalatorów swoich programów dodatki, które instalowały cudze toolbary albo pluginy.
Dodajmy, że czasem pojawiały się tam naprawdę czarne paterny UI-owe. Gdy na przykład użytkownik, spytany o to, czy chce zainstalować jakiś plugin, odpowiadał, że nie, to na następnym ekranie miał pytanie, czy ODMAWIA zainstalowania jakiegoś innego pluginu. Więc jeśli ktoś klikał nie-nie-nie-nie, to oznacza, że tak naprawdę zgadzał się na instalację jakiegoś niechcianego dodatku.
Przy okazji wprowadzenia na rynek Netscape Navigatora 2.0 odbyła się także próba wprowadzenia standardu VRML, czyli Virtual Reality Markup Language, próba osadzenia rzeczywistości wirtualnej w przeglądarkach. To nie mogło się udać. W roku 1996 mieliśmy już tak zaawansowane gry 3D, jak na przykład Duke Nukem 3D. Tymczasem VRML to była prosta, cieniowana wektorówka, strasznie wolna, z pluginem, który zawieszał się sam, albo wywalał całą przeglądarkę.
Tak naprawdę jedyne, co dało się tam oglądać, to jakieś statyczne sceny 3D, bo jakiekolwiek próby animowania czegoś totalnie zabijały wydajność. Nie po raz pierwszy w historii PC-tów była to technologia poszukująca problemu do rozwiązania. Nikt tego nie chciał. Ludzie woleli czytać, pisać na forach, oglądać śmieszne zdjęcia kotów, albo, no to już poza przeglądarką, grać w jakieś fajne gry. VRML nie dostarczał żadnej z tych rzeczy.
Gdy przeskoczymy 25 lat do przodu, to Mark Zuckerberg wyda kilkadziesiąt miliardów dolarów na tworzenie gogli 3D, własnej wersji metaverse’u, czyli światów 3D i – niespodzianka – również nikt ich nie będzie chciał. Wszystkie te pieniądze były wyrzucone w błoto, pomysł absolutnie się nie przyjął. Ciekawe, czy wróci jeszcze w przyszłości. Wydaje mi się, że nie raz i prawdopodobnie polegnie po raz kolejny.
Ważna uwaga: w roku 1996 Netscape Navigator miał ponad 80% udziałów w rynku przeglądarek, zaś Internet Explorer około 10%. Zapamiętajmy te liczby, bo za chwilę do nich wrócimy.
W czerwcowym numerze PC World Komputera moją uwagę zwrócił również Action Replay dla pecetów, czyli […]
To jedynie fragment transkrypcji, w tym miejscu jest więcej materiału! Zapisz się na newsletter aby przeczytać pełny zapis tekstowy odcinka albo posłuchaj podcastu za darmo na dowolnej platformie podcastowej: Spotify, Apple Podcast, Dezeer, Pocket Casts, albo na YouTube.
Czerwiec 2001
W dziale nowinek CHIP-a czytamy, że amerykańska branża medialna nie ustaje w próbach usunięcia z internetu kilkudziesięciu kluczowych bajtów. Zacytujmy tę notkę: „Nielegalna liczba. Prawnicy Hollywoodu walczą z witrynami rozpowszechniającymi program DeCSS, który pozwala kopiować filmy z płyt DVD. Siwych włosów przysporzy im ciekawostka opublikowana na witrynie Uniwersytetu Tennessee. Przy okazji poszukiwania liczb pierwszych, któryś z badaczy zauważył, że szesnastkowy zapis jednej z takich liczb jest identyczny z plikiem gzip zawierającym kod źródłowy DeCSS. Każdy może więc pobrać zapis tej liczby i poddać dekompresji, uzyskując zakazane narzędzie. Jeśli juryści pracujący dla producentów filmowych chcieliby walczyć z tym niebezpieczeństwem, musieliby żądać zdelegalizowania liczby. Niemal równocześnie naukowcy ze słynnego MIT zaprezentowali własną wersję DeCSS, której kod źródłowy liczy jedynie siedem linii. Jego lapidarność sprzyja rozpowszechnianiu. Wiele osób umieszcza go w sygnaturze e-maila”.
Dodajmy może, że Hollywood przez długi czas nie dopuszczało do siebie prawdy, że jeśli człowiek widzi coś oczami i słyszy uszami, to da się to skopiować. Temat nielegalnych liczb jest ciekawy, może trafi do osobnego tekstu na bloga, bo na przykład kilka lat później podobna aferka dotyczyła wycieku kluczy pozwalających na zdekodowanie i zrzut zawartości płyt Blu-ray.
W tym samym numerze znajdujemy mój test palmtopa o bardzo eleganckiej nazwie Casio Cassiopea E-125. Był to jak najbardziej typowy palmtop z przenośnymi okienkami. Kosztował średnią kwartalną pensję. Ciekawostką był pakiet polonizujący Windows Mobile, który można było dokupić jako osobne oprogramowanie także do innych palmtopów podobnego typu. Za jeszcze jedną średnią pensję można było dokupić firmowy moduł z aparatem cyfrowym wsuwanym w gniazdo rozszerzeń. To zamieniało palmtopa w aparat cyfrowy, który robił zdjęcia o rozdzielczości do 640×480 i powiedzmy wprost – jakość tych zdjęć była kiepska. Można było rejestrować także sekwencję wideo o rozdzielczości 208×160 pikseli i jakość takich klipów była już tragicznie kiepska.
Wspomnę może jednak, że gdyby ktoś dzisiaj chciał kupić sobie palmtopa z tamtych czasów to jest to bardzo dobry moment. O ile rzadsze Psiony kosztują kilkaset złotych to sprawne palmtopy z Windows Mobile można znaleźć na OLX nawet poniżej stówy. Gdyby ktoś chciał się pobawić kawałkiem historii to jest to bardzo fajna sprawa.
W tym samym numerze odnajdujemy też mój test dwóch modemów ISDN – jeden montowany wewnątrz komputera ze złączem PCI, drugi podłączony za pomocą złącza USB. Oczywiście mówimy o transmisji cyfrowej, więc nie był to modem sensu stricto, nie następowała tam modulacja/demodulacja. Były to powiedzmy urządzenia abonenckie pozwalające na cyfrową transmisję danych.
Ten test przypomniał mi o dwóch faktach. Po pierwsze, Telekomunikacja Polska miała osobny numer dostępowy pozwalający na połączenia z internetem poprzez ISDN i jeśli korzystaliśmy z podwójnego kanału B, by osiągnąć podwójną prędkość 2×64 kbit/s, to było to taryfikowane jak dwa osobne połączenia.
Drugi fakt, tu zacytuję fragment mojego artykułu: „Oba modele spełniają dobrze swoją funkcję. Użytkownicy Linuxa powinni zainteresować się raczej Microkomem [na PCI]. Dopóki Linux nie będzie oferował pełnej obsługi USB, dopóty rozsądniej będzie stawiać na rozwiązania sprawdzone i przetestowane”. No i kurczę, faktycznie tak było! Gdy USB było nowością, najpierw obsługa nowych standardów, nowych prędkości, nowych urządzeń peryferyjnych pojawiała się pod Windows, a dopiero później w Linuxie. No dzisiaj to nie jest oczywiście problemem, ale wtedy wpływało na preferencje konsumentów.
Inny test w tym samym numerze CHIP-a – jedne z pierwszych urządzeń Wi-Fi, które trafiły do redakcji. Były to produkty niemieckiej firmy ELSA: access point Lancome Wireless L-11 i karta Wi-Fi ze złączem PCMCIA Air Lancer MC-11. Były to urządzenia bardzo drogie. Koszt to prawie 3000 zł za Access Pointa, 1000 zł za kartę Wi-Fi, to razem dawało dwie średnie pensje.
Z testów redakcyjnych wynikało, że w optymalnych warunkach daje się osiągnąć prędkość do 500 kB na sekundę, czyli mniej więcej połowę maksymalnej przepustowości standardu 802.11b. I mimo, że urządzenia te były bardzo drogie, to już wtedy było wiadomo, że będą szybko tanieć i już wtedy można było poczuć, jak wygodne jest to, gdy możemy podłączyć sobie access pointa do ethernetu, a z laptopem możemy sobie albo chodzić po domu, albo usiąść na tapczanie i mieć cały czas dostęp do Internetu. Wcześniej oczywiście nie było o tym mowy, trzeba było podłączać laptopa kabelkiem do ściany. Powiew przyszłości, która nadeszła zresztą bardzo szybko, ponieważ ceny zaczęły dramatycznie spadać.
Inna ciekawostka, zauważona tym razem w reklamie projektorów Toshiba. W drugim odcinku podcastu wspominałem […]
To jedynie fragment transkrypcji, w tym miejscu jest więcej materiału! Zapisz się na newsletter aby przeczytać pełny zapis tekstowy odcinka albo posłuchaj podcastu za darmo na dowolnej platformie podcastowej: Spotify, Apple Podcast, Dezeer, Pocket Casts, albo na YouTube.
Czerwiec 2006
W CHIP-ie odnajdujemy artykuł zapowiadający wprowadzenie na rynek małych ogniw paliwowych. Niósł obietnicę, że na 100 ml metanolu komórka będzie pracować przez tydzień. Historycznie pierwsze ogniwa paliwowe, konstruowane już 150 lat wcześniej, były zasilane wodorem i tlenem. Aby jednak przenośne rozwiązania były wystarczająco bezpieczne, potrzebne było inne paliwo. Tutaj – alkohol metylowy.
Wizja była fajna: napełniamy laptopa jak zapalniczkę i pracujemy cały dzień bez konieczności szukania gniazdka. A pamiętajmy, że wówczas laptopy pracowały na baterii około 2-3 godzin. Japońska firma NEC prezentowała prototypy, o których czytamy w tekście: „W marcu na konferencji w Tokio firma zaprezentowała telefon komórkowy i notebooka z małymi ogniwami. 12-woltowa bateria do laptopa ważyła 400 gramów i generowała 18 watów mocy, co wystarczało do zasilania niewielkiego komputera przenośnego przez 16 godzin po jednokrotnym napełnieniu jej metanolem.” No i teraz, gdy patrzymy na to z perspektywy dwudziestu lat, 18 watów to nie jest dużo. Okej, dzisiaj laptopy bez obciążenia zużywają mniej energii, tylko że są wówczas w stanie pracować na baterii nawet 20 godzin.
Problem pojawia się, gdy obciążymy procesor. Wtedy taki komputer będzie potrzebować ponad 100 watów. No i kurde, co wtedy? Będziemy łączyć ze sobą 5 albo więcej takich ogniw paliwowych i zamiast 400 gramów zrobi się 2 kilogramy a w środku ponad 1,5 litra paliwa? Przypuszczalnie technologia nie była dostatecznie tania i dostatecznie dobra, aby trafić na rynek, bo niestety ogniwa paliwowe – które zapowiadano jeszcze nie raz – ostatecznie nie pojawiły się na rynku konsumenckim.
Z artykułu o rodzajach złącz wideo dowiadujemy się, że HDMI będzie następcą DVI, a DVI będzie szybko tracić popularność. Faktycznie powody były uzasadnione, to znaczy DVI był typowym standardem przejściowym, były warianty gniazdek i wtyczek z sygnałami cyfrowymi albo analogowymi, albo wręcz obydwoma naraz, co oznaczało, że wtyczka była duża, nie mieściła się w małych urządzeniach. Kabel DVI mógł mieć maksymalnie 5 metrów i – jedna z kluczowych spraw – nie przenosił cyfrowego audio.
Dla porównania, HDMI miało cyfrowe audio i wideo w jednym kablu, kabel mógł mieć nawet 20 metrów, no i miał technologię HDCP, czyli zapobieganie, w teorii, przechwytywaniu wideo wysokiej rozdzielczości, co miało powstrzymywać piractwo. Było więc jasne, że przy wadach DVI-a i przy zaletach HDMI nastąpi szybki zwrot i z kart graficznych DVI po prostu zniknie, ale w 2006 roku, w którym pojawiła się ta informacja, HDCP nie było jeszcze obsługiwane przez ówczesne pecety – ani przez karty graficzne, ani monitory. To oznaczało, że przy odtwarzaniu materiałów o rozdzielczości przekraczającej DVD teoretycznie jakość była degradowana.
W tym samym numerze CHIP-a odnajdujemy test wydajności systemu zbudowanego na bazie dwóch dwurdzeniowych procesorów AMD Opteron. Taka konfiguracja występowała na rynku przez krótką chwilę. Płyty wieloprocesorowe […]
To jedynie fragment transkrypcji, w tym miejscu jest więcej materiału! Zapisz się na newsletter aby przeczytać pełny zapis tekstowy odcinka albo posłuchaj podcastu za darmo na dowolnej platformie podcastowej: Spotify, Apple Podcast, Dezeer, Pocket Casts, albo na YouTube.
To już wszystko w tym odcinku Retro-podcastu. Jego transkrypcja trafi niebawem do abonentów newslettera i choć nie mam nic przeciwko komentarzom, dzwoneczkom, czy innym kciukom w górę na YouTubie, czy innych platformach podcastowych, to najbardziej zależy mi na subskrypcjach newslettera. Zapraszam więc na stronę informatykzakladowy.pl/newsletter no i do usłyszenia w następnym odcinku. Cześć!
O autorze: zawodowy programista od 2003 roku, pasjonat bezpieczeństwa informatycznego. Rozwijał systemy finansowe dla NBP, tworzył i weryfikował zabezpieczenia bankowych aplikacji mobilnych, brał udział w pracach nad grą Angry Birds i wyszukiwarką internetową Microsoft Bing.








