Kategorie
Podcast

Szósty odcinek Retro-podcastu Informatyka Zakładowego

Dzień dobry! Nazywam się Tomek Zieliński, a wy słuchacie szóstego odcinka Retro-podcastu Informatyka Zakładowego. W tym podcaście co miesiąc robię przegląd prasy komputerowej sprzed 20, 25 oraz 30 lat i dzielę się spostrzeżeniami dotyczącymi tego, jak przez minione dekady rozwijał się rynek pecetów. Zaczynajmy!

Niniejszy wpis zawiera jedynie fragmenty transkrypcji! Pełny zapis tekstowy tego odcinka dostępny jest dla subskrybentów newslettera, kliknij tutaj aby się zapisać (jeden mail na kilka tygodni i zero spamu!)

Retro-podcast Informatyka Zakładowego dostępny jest za darmo na wszystkich popularnych platformach podcastowych: Spotify, Apple Podcast, Dezeer, Pocket Casts, oraz na YouTube i jako RSS Feed.

Uwaga edytorska: zapis tekstowy został nieznacznie zmodyfikowany aby lepiej się go czytało.

Lipiec 1996

Przegląd czasopism z tego miesiąca zacząłem od Bajtka. Trzeba zwrócić uwagę na to, że jest to trzeci numer od końca, czasopismo to przestało istnieć we wrześniu 1996. Dlaczego Bajtek tracił czytelników, tracił popularność? Można zorientować się kartkując ten właśnie numer.

W spisie treści odnajdujemy:

  • Asembler dla początkujących, część 2
  • Visual Basic w małym palcu, część 5
  • Sterowniki graficzne, część 1
  • Multimedialne prezentacje Scala MM300, część 2
  • Polskie magazyny dyskowe, część 1
  • Asembler dla Amigi, część 5

Widać ile różnych artykułów należy do cykli – i taka właśnie cykloza sprawiała, że magazyny komputerowe upadały, każdy kolejny numer był dla nowych czytelników coraz mniej interesujący. Dodatkowo takie tematy jak programowanie w asemblerze są mega niszowe, więc w Bajtku w roku 1996 treści interesujących dla typowego czytelnika było już po prostu niewiele.

Uwagę zwraca też, ile stron jest tam przeznaczonych na treści redakcyjne lub okołoredakcyjne. No bo tak: mamy spis treści, stopkę, oferty dysków public domain z czasopisma Commodore&Amiga (które przestało się ukazywać rok wcześniej), ofertę shareware dla PC, krzyżówkę, konkurs, ofertę wysyłkową gier sprzedawanych przez wydawnictwo Bajtek, kupony zamówień shareware, kupony prenumeraty, ogłoszenia drobne – no i w ten sposób przelatuje kolejne ćwierć numeru.

Jeśli od tego odejmiemy rubryki stałe czasopisma i reklamy, to naprawdę małą część tej gazety stanowią treści interesujące dla nowego odbiorcy, który sięgnie po taki magazyn na przykład w kiosku. Sześć artykułów, które są kolejnymi odcinkami cyklów, to nie jest coś, co by zainteresowało przypadkowego czytelnika, a gdy czasopismo nie zdobywa nowych czytelników, to siłą rzeczy się kurczy. Był to jeden z głównych powodów, dla których Bajtek upadł kilka miesięcy później.

W magazynie CHIP odnajdujemy tekst o nawigacjach GPS. Cytat: „Komputery nawigacyjne współpracujące z satelitami zastąpią w niedalekiej przyszłości wysłużone atlasy samochodowe. Kierowca poda za pośrednictwem niewielkiej klawiatury cel podróży, a elektroniczny nawigator ustali optymalną trasę i za pomocą syntetyzowanych komend głosowych poprowadzi auto wprost do celu”.

Tak wyglądały pierwsze samochodowe nawigacje GPS

No, dzisiaj brzmi to dla nas jak Google Maps, tylko że mapy Google’a jeszcze wtedy nie istniały, bo nie istniała jeszcze firma Google. Dodatkowo utrudnieniem było to, że GPS miał w zastosowaniach cywilnych obniżoną dokładność, odchylenie wynosiło do około 100 metrów w dowolną stronę. Armia USA stosowała mechanizm wprowadzający celowo pseudolosowe zaburzenia, tak aby odbiorniki cywilne miały dokładność dużo mniejszą niż militarne, które miały wtedy standardową dokładność wynoszącą kilka metrów. Dopiero w roku 2000 wyłączono te pseudolosowe zaburzenia i od tamtej pory wszyscy użytkownicy nawigacji samochodowych mogą cieszyć się dużą dokładnością, która pozwala tak naprawdę na nawigację od zakrętu do zakrętu.

Opisany w tekście komputer nawigacyjny był opcjonalnym dodatkiem do samochodów wyższej klasy, ale i tak w Polsce byłby nieprzydatny z powodu braku cyfrowych map naszego kraju. Te zaczęły pojawiać się stopniowo i trzeba pamiętać, że na początku nie była to od razu nawigacja od drzwi do drzwi, no bo jako pierwsze pojawiły się autostrady i drogi wojewódzkie, potem drogi główne i lokalne, ale nawigacja od adresu do adresu? Na to trzeba było jeszcze poczekać wiele lat. Pamiętajmy jak wysoki był koszt takich urządzeń, takich opcjonalnych dodatków. Cena opisywanego urządzenia wynosiła 4900 dolarów. Zapamiętajmy tę kwotę, bo dziś jeszcze do niej powrócimy.

W innym artykule odnajdujemy opis zestawu pozwalającego na modernizację komputera PC AT, czyli Intela 286. W roku 1996 były to już komputery całkowicie przestarzałe, nie pozwalające na uruchamianie żadnych współczesnych programów. Tymczasem w CHIP-ie odnajdujemy test zestawu, który pozwala do gniazda 286 włożyć procesor 486. Był to bardzo dziwny wynalazek. Wspominałem już w poprzednich odcinkach podcastu Pentium Overdrive, czyli możliwość włożenia Pentiuma do 486. Tutaj taki mariaż 486 z PC AT jest jeszcze głupszy.

Niezależnie od tego, jak szybki procesor byśmy tam nie włożyli, a był to odpowiednik mniej więcej 486 SX/25 (czyli już na owe czasy wolny), nadal mieliśmy do czynienia z systemem, który miał 16-bitową szynę danych. To przekładało się na przykład na bardzo wolną komunikację z dyskiem twardym. I tutaj nie było żadnego sposobu, aby to przyspieszyć. Po prostu wkładaliśmy silnik od Mercedesa do Trabanta (OK, Mercedes to za dużo powiedziane).

W każdym razie te dwa komponenty, czyli szybki procesor i stara płyta ze starą architekturą, bardzo się ze sobą gryzły. Dodatkowo taki zestaw był drogi. Kosztował 410 złotych, czyli więcej niż prawdziwy CPU 486 razem z płytą główną. To sprawiało, że taki zakup absolutnie nie miał sensu. I jeśli ktoś miał komputer PC AT, to jedyną strategią dla niego było oszczędzanie na nowy komputer, 486 lub Pentium, próby modernizacji PC-AT były bezcelowe.

Test skanera ręcznego marki Commodore. Przypomnienie – skaner stołowy to jest urządzenie, w którym kładziemy gazetę albo książkę na szybie, zamykamy klapę, uruchamiamy skanowanie i pod tą szybą przejeżdża układ optyczny, który czyta zawartość papieru leżącego na szkle. Tymczasem skanery ręczne to były urządzenia, w którym to użytkownik musiał przesuwać cały układ. Był to swego rodzaju traktorek podłączony kablem do komputera. Użytkownik musiał takie urządzenie równomiernie przesuwać ręką po skanowanych treściach.

Commodore KT 49 Sagitta Color LE

No i niestety kartkę A4 trzeba było robić na dwa przebiegi, bo szerokość układu optycznego w takim skanerze ręcznym wynosiła z reguły około 10 cm. A to z kolei oznaczało, że mieliśmy dwa skany, które trzeba było potem zszyć w jeden. Ta linia szycia praktycznie zawsze była widoczna. No a dodatkowo te skanery miały taki problem, że mimo że miały w sobie rolkę odczytującą, czy też kontrolującą prędkość przesuwania po stole, to ten układ i tak był mocno wrażliwy na zmiany prędkości. Albo użytkownik bardzo równomiernie prowadził taki skaner po skanowanym papierze, albo na skanie wychodziły artefakty, jakieś takie zniekształcenia, które tak naprawdę skreślały użyteczność pliku. Skanery ręczne używano głównie w domu i głównie do skanowania zdjęć – do nich wystarczył jeden przebieg.

Bardziej interesujące jest natomiast, że było to urządzenie marki Commodore. Firma Commodore International zbankrutowała w roku 1994. Prawa do tej marki kupiła w 1995 roku firma Escom, która zaczęła składać i sprzedawać pod tą marką pecety w całej Europie, inwestując z takim rozmachem, że sama zbankrutowała w lipcu 1996, czyli właśnie w miesiącu publikacji omawianego numeru.

W tym samym numerze CHIP-a mamy pełnostronicową reklamę pecetów Commodore sprzedawanych przez Escom Polska. No i niestety gdyby ktoś zainteresował się taką ofertą i chciał sobie takiego peceta kupić, to w lipcu 1996 był to ostatni moment. Miejmy nadzieję, że sprzęt taki sprawował się dobrze, bo roszczeń gwarancyjnych już nie byłoby do kogo kierować.

Potem przez kolejne dekady marka Commodore wędrowała od właściciela do właściciela. Były odtwarzacze MP3 Commodore, były gamingowe pecety Commodore, były nawet smartfony z Androidem, ale okazało się, że sama nostalgia do tej marki to za mało, żeby napędzić biznes, no i te urządzenia nie sprzedawały się zbyt dobrze.

W roku 2025 pod marką Commodore wydano remake C64, czyli Commodore 64 Ultimate w pełni zgodny sprzętowo z oryginałem, ale dodatkowo rozszerzony o HDMI, Ethernet, Wi-Fi, podwójny układ dźwiękowy SID, 128 MB pamięci – konfiguracja, która pozwala na uruchamianie programów pisanych na Commodore 64 także dzisiaj. Dostępny jest też po raz drugi telefon Commodore, tym razem z klapką, nie smartfon, a jeśli ktoś jest zainteresowany ofertą firmy, która obecnie kontroluje markę Commodore, to najlepiej wejść na stronę internetową commodore.net i zobaczyć co w danej chwili można sobie kupić.

Kolejny tekst z CHIP-a: test streamerów, czyli napędów taśmowych do archiwizacji danych o dużej objętości. Tak samo wtedy jak i teraz napędy taśmowe są używane głównie w zastosowaniach profesjonalnych, bo w domu zwyczajnie nie mamy tyle danych do backupowania, aby uzasadniało to zakup urządzenia. W 1996 roku domowe dyski twarde miały do 1GB rozmiaru, natomiast taśmy mieściły nawet 5GB nieskompresowanych danych.

napęd taśmowy HP SureStore Tape 6000

Przeczytałem ten artykuł, bo byłem ciekaw czy te proporcje utrzymały się także do czasów dzisiejszych – i okazuje się, że dziś po 30 latach nawet nieco poprawiły się na korzyść napędów taśmowych. O ile w typowym komputerze mamy dysk SSD o rozmiarze około jednego terabajta, to na współczesnych taśmach można zapisać kilkanaście TB i są to nośniki relatywnie niedrogie, jedna tasiemka kosztuje kilkaset złotych. Trzeba tylko zwrócić uwagę na to, że wydajność zapisu przez te 30 lat przyspieszyła zaledwie kilkanaście razy, zaś pojemności nośników wzrosły kilka tysięcy razy. To oznacza, że zapis taśmy 18TB zajmie ponad 12 godzin nagrywania cięgiem. Gdyby ktoś miał duże zestawy danych i backupował się na tasiemki, to powinien mieć rozpisaną procedurę przywracania tych danych z backupu, bo może to zająć kilkanaście, jeśli nie kilkadziesiąt godzin.

PC World Komputer, numer lipcowo-sierpniowy. To znak czasów – w latach ‘90 wiele magazynów komputerowych wydawało łączone numery wakacyjne. Wynikało to z tego, że sporą część autorów stanowili studenci, którzy w lipcu, sierpniu, wrześniu jechali sobie na wakacje i po prostu nie było komu robić, nie było komu pisać tekstów. W związku z tym wiele gazet, takich jak np. PC World Komputer, wydawało 11 numerów rocznie, a numer wakacyjny był łączony.

Potem troszkę się to odwróciło, np. CD Action w swoich najlepszych latach wydawał 13 numerów rocznie, bo oprócz jednego numeru na każdy miesiąc wychodził jeszcze jeden dodatkowy numer na Boże Narodzenie, bo wtedy było sporo gorących nowości, wtedy ludzie mieli czas zarówno na granie jak i na czytanie, więc wydawano ten jeden dodatkowy numer.

No ale wracając do PC World Komputera – tekstem, który zwrócił moją uwagę był artykuł o Windowsowym mechanizmie OLE, czyli Object Linking and Embedding (łączenie i osadzanie obiektów). Microsoft zaimplementował mechanizm polegający na tym, że wewnątrz plików czy wewnątrz zbiorów danych jednego typu można było łączyć lub osadzać zbiory innego typu. Nie chodzi tu o proste kopiowanie i wklejanie, jak wtedy. gdy tworzymy dokument w Wordzie i wklejamy do niego obrazki (przez schowek albo z plików typu JPG czy PNG). Taki obrazek staje się częścią pliku Worda i jest przez niego wyświetlany, drukowany.

kliknij aby powiększyć

Tutaj chodziło o to, że mogliśmy wewnątrz pliku Worda osadzić np. kompletny dokument Photoshopa, no bo wiadomo, że w Photoshopie, który jest edytorem graficznym o bardzo dużych możliwościach, mamy np. możliwość tworzenia warstw albo definiowania jakichś złożonych atrybutów dotyczących drukowania, rozbicia na barwy składowej itd. I mechanizm OLE pozwalał na osadzenie całego takiego pliku Photoshopa albo innego typu pliku wewnątrz np. dokumentu Worda, a Word nie musiał wiedzieć, jak się takim plikiem posługiwać.

To jedynie fragment transkrypcji, w tym miejscu jest więcej materiału! Zapisz się na newsletter aby przeczytać pełny zapis tekstowy odcinka albo posłuchaj podcastu za darmo na dowolnej platformie podcastowej: Spotify, Apple Podcast, Dezeer, Pocket Casts, albo na YouTube.

Lipiec 2001

W magazynie CHIP Adam Chabiński pisze we wstępniaku: „Microsoft najprawdopodobniej popełni błąd, za który przyjdzie mu słono zapłacić. Software’owy potentat postanowił bowiem zarabiać na życie w nieco odmienny sposób niż do tej pory. W maju tego roku z Redmond nadeszła wieść o planie sprzedaży pakietu Office XP na zasadzie subskrypcji. Na razie projekt znajduje się w fazie pilotażu, być może jednak zostanie wdrożony w życie. […]. Biorąc pod uwagę charakter człowieka, który lubi mieć, posiadać i gromadzić wszelkiej maści rzeczy, bibeloty, artefakty i gadżety, mało znajdzie się użytkowników, którzy regularnie, np. co rok, będą wysupływali ileś tam za użytkowanie pakietu. […]. Jeśli bowiem ten sposób sprzedaży zostanie wcielony w życie, wkrótce może okazać się, że użytkownicy zaczną rezygnować z produktów Microsoftu, a to może w przyszłości oznaczać koniec supremacji (a może istnienia), amerykańskiego kolosa software’owego”.

Widać, że przewidywanie przyszłości jest bardzo trudne. 20 lat później Microsoft ma się świetnie, Microsoft Office ma się świetnie, nadal nie ma żadnej realnej konkurencji – oprócz aplikacji webowych, jak Google Docs, siłą rzeczy znacznie prymitywniejszych. No i okazało się, że użytkownicy biznesowi bardzo chętnie płacą abonamenty – zwłaszcza takie, które obejmują dowolną wersję Microsoft Office. Taki wydatek, prowadzony systematycznie, jest o wiele bardziej przewidywalny, niż hurtowy zakup i wdrożenie nowej wersji Office raz na kilka lat. Użytkownicy prywatni są nęceni dodatkami, np. funkcją backupu danych w chmurze Microsoftu, a uczniowie i nauczyciele tradycyjnie dostają to wszystko za pół darmo.

To przewidywanie nie sprawdziło się ani trochę. Pakiet o nazwie Microsoft 365 (dawniej Office 365) ma się świetnie, przy czym jeśli ktoś lubi kupić sobie Office’a raz na 10 lat, to wydania pudełkowe nadal są dostępne. Wprawdzie wiele razy mówiło się, że któraś wersja będzie ostatnią, ale to póki co nie nastąpiło, nadal można kupić sobie bieżącego Office’a w pudełku i korzystać ile się tylko będzie chciało.

W tym samym numerze znajdujemy test nagrywarki płyt CD o podwójnej gęstości. W ogóle zapomniałem, że coś takiego istniało. Był to dziwny wynalazek Sony z roku 2001, jedyna nagrywarka, w której zastosowano technologię zapisu Double Density, bliźniaczo podobną do normalnych płyt CD-R/RW, ale z gęściej upakowanymi ścieżkami i krótszymi impulsami kodującymi dane. To pozwoliło zmieścić dwa razy więcej danych, czyli 1300 MB, na jednym krążku. Zaleta była oczywista – dwa razy więcej danych, dodatkowo cena takiej nagrywarki była niższa niż nagrywarki DVD – i to znacząco. W tamtym czasie 250 dolarów za omawiany sprzęt, kontra 1000 dolarów za dostępne wówczas nagrywarki DVD.

Niestety – oczywiste były też wady. Po pierwsze brak kompatybilności. Tylko ten model urządzenia potrafił odczytywać płyty o podwójnej gęstości. To oznaczało również ryzyko problemów z dostępnością takich nośników. Gdyby urządzenie nie przyjęło się, no a spoiler, nie przyjęło się absolutnie, to oznaczało, że dystrybucja kompatybilnych nośników szybko się skończy i nie będziemy mogli korzystać z nagrywarki, bo nie będziemy mieli na czym nagrywać. Sprawdzałem, czy da się w dzisiejszych czasach kupić Double Density CD. Nie da się. Nie ma nigdzie ani jednego egzemplarza! O ile na portalach aukcyjnych typu eBay można jeszcze kupić same napędy, to nie ma mowy o kupieniu jakiejkolwiek czystej płyty, więc nie dałoby się nawet wypróbować w dzisiejszych czasach opisywanej funkcji.

Było też wiadomo, że nagrywarki DVD będą szybko taniały, więc to okienko, w którym zakup testowanej nagrywarki Sony mógł się opłacać, było bardzo krótkie. Za rok lub dwa w tej samej cenie można było kupić już nagrywarkę DVD, która mieściła na jednej płytce nie 1300 MB, ale ponad 4500 MB albo ponad 8500 MB w przypadku płyt dwuwarstwowych.

Skoro wspominamy dziwne wynalazki – gdy skorzystaliśmy z brudnej sztuczki, w której rezygnowaliśmy całkowicie z danych korekcyjnych nagrywanych na płycie, to na 80-minutowym krążku zamiast 700 MB dało się zmieścić 800 MB. Oczywiście było to bardzo problematyczne, ponieważ wtedy każdy pyłek, każdy kurz, każde nawet drobne zarysowanie na płycie oznaczało brak możliwości odczytania danych. Tymczasem przy normalnym trybie zapisu albo tłoczenia płyt te 10% nadmiarowych informacji wystarcza do tego, by napęd mógł poradzić sobie z małymi fragmentami nośnika, których nie da się odczytać, takich jak zadrapanie.

Druga ciekawostka. W roku 2003 producent nagrywarek Plextor zaimplementował technologię o nazwie GigaRec, która pozwalała na 80-minutowej płycie zmieścić aż 980 MB danych – w bardzo prosty sposób, nagrywając te dane niezgodnie ze specyfikacją, krótszymi impulsami lasera. To oznaczało, że odczyt takich płyt w innych napędach był totalną loterią. Oczywiście radził sobie z tym sprzęt Plextora, ale nie było to popularne. Wydaje mi się, że nigdy nie trafiłem na płytę nagraną w taki sposób.

Test oprogramowania Partition Magic 6. Tu muszę się przyznać, że pirackie wydanie Partition Magica było jednym z podstawowych narzędzi każdego power usera na początku lat 2000. Nie było po prostu żadnej sensownej alternatywy. Trzeba pamiętać, że standardowy pecet często dziedziczył wtedy dyski ze starszych komputerów. Dane z kolegami wymienialiśmy też przenosząc dyski w specjalnych wymiennych kieszeniach. I wtedy operacje na partycjach były normą, zwłaszcza ich kopiowanie, ale także zmiany rozmiarów, zmiany typów z primary na logical i odwrotnie.

I to naprawdę bywało potrzebne, bo gdy w czasach DOSa lub Windows 95 mieliśmy w komputerze kilka dysków twardych, to sposób przydziału liter dysków do partycji na tych dyskach rodził problemy. Najpierw litery C-D-E dostawały po kolei partycje podstawowe z kolejnych dysków, ale potem kolejne litery dostawały partycje logiczne, każdy dysk dopisywał swoje partycje do kolejnych liter blokami. Wszystkie logiczne partycje z dysku pierwszego, potem wszystkie z dysku drugiego itd. I to było problematyczne. Gdy wyciągnęliśmy dysk z komputera i przenieśliśmy go do kolegi, bo wtedy litery dysków na naszym komputerze zmieniały się. Jeśli mieliśmy jakiś program zainstalowany na dysku D, E albo F i ta literka się zmieniała, to najczęściej nie dało się z takiego programu korzystać. Dopiero w Windows 2000 pojawiła się możliwość zmiany liter przypisanych do różnych partycji na różnych dyskach.

Charakterystyczne było też to, w jaki sposób Partition Magic działał pod Windows. Wersja DOS-owa wykonywała zlecone zadania od razu. Nie było jednak mowy, żeby mogło się to wydarzyć pod Windows. Tam mieliśmy więc do czynienia z programem, który stanowił interfejs przyjmujący zlecenia. Można było wyklikać kolejne operacje, które mają się wydarzyć. A gdy zatwierdzaliśmy zmiany, Windows restartował się, i zanim wystartował interfejs graficzny, Partition Magic wpinał się w proces bootowania i wykonywał to, co chcieliśmy, czyli zmieniał rozmiary partycji, przenosił je między dyskami. Windows startował dopiero wtedy, gdy wszystkie te operacje się zakończyły.

Część funkcji Partition Magica dało się zrealizować za pomocą FDISK-a w Linuxie. Były to takie operacje jak na przykład zmiana rozmiaru partycji, ale Linuxowy FDISK, ani żadne inne standardowe narzędzie dostępne w Windows, nie potrafił zmieniać typów partycji. A dopiero od Windows 2000 system operacyjny widział więcej niż jedną partycję typu primary z jednego dysku na raz.

Innym programem opisanym w numerze CHIP-a był program pocztowy The Bat, czyli „nietoperz”. Był to klient poczty elektronicznej, tym prostszy w obsłudze, że przetłumaczony siłami wolontariuszy na język polski. Pamiętam z tamtych czasów, że kilkoro znajomych używało go – był to przyjemny program, kupiony po dość niewygórowanej cenie. Artykuł z CHIP-a mówi o 170 złotych, czyli mniej niż 10% średniej pensji. Dlaczego zwróciło to moją uwagę? Bo 25 lat później, w roku 2026, The Bat nadal jest rozwijany, nadal jest sprzedawany, i nadal rozwija go firma RIT Labs z Mołdawii. Nadal jest to shareware z 30-dniowym okresem próbnym, cena nadal jest przystępna, dzisiaj jest to niecałe 50 euro (albo połowa tego przy aktualizacji z dowolnie starej wersji). Numeracja tego programu dobiła już do 12. W CHIP-ie opisywany był The Bat w wersji 1.52.

PC World Komputer z roku 2001, nadal łączony numer wakacyjny. Czytamy w nim o monopolu Nvidii, ten obszerny artykuł na dobrą sprawę można by drukować w niemal niezmienionej formie co roku, aż po dziś dzień. Tekst opisuje sytuację rynkową, mianowicie: Nvidia dominuje technologicznie, nowe karty graficzne są za drogie, cena poprzedniej generacji jest już w miarę niezła, konkurencja zajmuje odległe drugie miejsce, itd. Wystarczy tylko podmienić nazwy chipsetów, poprawić korektorem nazwę ATI na AMD i gotowe, można drukować kolejne wydanie artykułu jak co roku.

Żarty żartami, to naprawdę zdumiewające, że NVIDII udało się utrzymać prowadzenie na tak trudnym rynku, przez bite 25 lat. To naprawdę spore osiągnięcie i nie zdarza się w tej branży często.

W magazynie Enter znajdujemy artykuł krytykujący serię procesorów Pentium 4, które faktycznie nie były dość udane. Intel stawiał wtedy na częstotliwości taktowania, ścigał się na megaherce, a nie na to jak rzeczywiście wydajne były procesory. A z powodu zmian w architekturze, koniecznych przy tak szybko rosnących prędkościach, de facto zmniejszyła się liczba instrukcji wykonywanych w jednym cyklu procesora. To oznaczało, że Pentium III / 1 GHz, czyli teoretycznie starszy model, w niektórych zastosowaniach wygrywał wydajnościowo z Pentiumem 4 / 1,5 GHz. Klienci nie byli na to gotowi, nie spodziewali się, że nowszy i szybszy sprzęt będzie de facto słabszy, no i stąd właśnie zła prasa, jaką cieszył się, a raczej nie cieszył się Pentium 4.

To jedynie fragment transkrypcji, w tym miejscu jest więcej materiału! Zapisz się na newsletter aby przeczytać pełny zapis tekstowy odcinka albo posłuchaj podcastu za darmo na dowolnej platformie podcastowej: Spotify, Apple Podcast, Dezeer, Pocket Casts, albo na YouTube.

Lipiec 2006

W CHIP-ie odnajdujemy tekst o AJAX. Oczywiście nie o chemii gospodarczej, tylko o rewolucji dokonującej się w aplikacjach webowych. AJAX to skrót od angielskiego „Asynchroniczny JavaScript i XML”. Była to nowatorska technika, którą świat zobaczył dwa lata wcześniej w webowym kliencie Gmail. Aplikacja JavaScriptowa mogła w tle wysyłać żądania sieciowe i modyfikować w locie załadowaną stronę, bez klasycznego przeładowywania całej zawartości okna. W 2006 roku Ajax gwałtownie się popularyzował. Pozwalał na przykład na wyświetlanie przesuwanych płynnie map Google’a – wtedy składały się jeszcze z bitmapowych kafelków, a nie z danych wektorowych. Można też było na przykład wyświetlać galerie zdjęć, w których fotki pełnych rozmiarów były ładowane i wyświetlane na żądanie. Artykuł objaśnia sposoby realizacji takich funkcji we własnych aplikacjach webowych.

W dziale sprzętu zapowiedź wprowadzenia na rynek dysków hybrydowych, skrzyżowania HDD i SSD. Pamięci flash były wciąż zbyt drogie, aby w sensownych cenach zaoferować dyski odpowiednich rozmiarów. A jednocześnie dyski talerzowe były wolne, chcieliśmy szybszych komputerów. Taka hybryda miała więc łączyć najlepsze z obu światów – pojemność dysku talerzowego i wydajność dysku SSD. Potrzebne były kompromisy, część z pamięcią flash miała służyć jako bufor zapisu (aby zapis był realizowany szybko, dane miały trafiać najpierw do części SSD, a potem w tle być przenoszone na HDD). Natomiast jeśli chodzi o przyspieszanie wydajności odczytu, to SSD miał przechowywać kopie tych plików, do których system operacyjny lub użytkownik odwołują się najczęściej. Na przykład przechowywanie całego katalogu Windows w części SSD miało pozwolić na dużo szybszy start komputera.

Podobny pomysł Microsoft chciał zrealizować programowo w systemie Windows Vista – była to funkcja ReadyBoost, czyli buforowanie zapisów i odczytów z dysku twardego na odpowiednio szybkim pendrive. Problem polegał tylko na tym, że popularne pendrive nie były dość szybkie. Oprócz tego nie było jeszcze USB 3 – a wydajność komunikacji z USB 2 sprawiała, że niekoniecznie przynosiło to wymierny wzrost wydajności.

Innym pomysłem, który był nieco bardziej perspektywiczny, były karty rozszerzeń Ready Drive, czyli urządzenia z pamięciami flash w postaci karty PCI buforujące zapisy na dysku twardym. Również one nie zdążyły się upowszechnić. Najczęściej cytowany przypadek użycia, czyli przyspieszenie startu systemu Windows, przestał być takim problemem wraz z pojawieniem się Windows 8 i jego funkcji szybkiego startu. Jednocześnie dyski SSD zaczęły tanieć. Tak więc dyski hybrydowe, o których mówił artykuł, nie upowszechniły się. Natomiast w domowych komputerach częstszą konfiguracją był mniejszy dysk SSD na system operacyjny i programy, oraz większy dysk talerzowy HDD na multimedia, gry, filmy, zdjęcia i inne duże zbiory danych.

W tym samym numerze redakcja CHIP-Labu opublikowała wyniki wielkiego testu kompatybilności nagrywarek DVD i nośników. Wystąpiło tam 15 urządzeń oraz 60 odmian krążków DVD+/-R, 26 odmian +/- RW i 14 odmian DVD-R DL (Double Layer, dwuwarstwowych). Razem było to 1500 nagranych krążków. Wyniki takiego badania były dużo gorsze, niż bym sądził. Zapamiętałem nagrywanie CD i DVD jako operację, która w zasadzie prawie zawsze się udawała.

Tymczasem w tekście czytamy: „Spośród przetestowanych płyt najmniej problemów sprawiły DVD+RW. Tylko dwa rodzaje nośników i to jedynie w trzech przypadkach nie zostały poprawnie rozpoznane. Najgorzej było z krążkami DL. Tutaj z kolei nie było nośnika, który nie spowodowałby problemów przynajmniej z jedną nagrywarką. Kłopoty z kompatybilnością miało również około 50% przetestowanych typów płyt jednokrotnego zapisu i nośników DVD-RW”. Inny fragment; „Takie płyty jak Omega Freestyle, Esperanza Printable, Trax Data czy nawet markowe nośniki Verbatim Glossy Printable trudno komukolwiek polecić. Nie nagrały się poprawnie średnio w połowie napędów.”

a to dopiero ćwierć wyników testu kompatybilności i prędkości nagrywania

No i tutaj dodam już od siebie: pół biedy, jeśli nagrywarka nie rozpoznała nośnika i zapisu nie dało się przeprowadzić. Ale w licznych przypadkach było tak, że zapis przebiegał podobno poprawnie – natomiast wyprodukowana w ten sposób płyta nie dawała się później odczytać albo zawierała błędy. Można było radzić sobie z tym problemem weryfikując zawartość płyty po każdym nagraniu, ale zabierało to czas i było niewygodne.

Autorzy artykułu podkreślali konieczność aktualizowania firmware’u, czyli oprogramowania wewnętrznego nagrywarek, bo każda aktualizacja poprawiała kompatybilność napędów z różnymi markami nośników. Same nośniki kosztowały wtedy 1-3 zł za DVD +/- R, 2-5 zł za nośniki +/- RW i – tutaj duży skok – 10-20 zł za jedną płytę dwuwarstwową Double Layer. Gdyby ktoś chciał dzisiaj poczuć, jak to było kiedyś, gdy korzystało się z nagrywarek, to zewnętrzne nagrywarki na USB 3.0 są do kupienia poniżej 40 zł. Tutaj moje rozumienie świata lekko się załamuje, przecież to były urządzenia, które kosztowały wielkie pieniądze. Pierwsze nagrywarki kosztowały około 10 tysięcy złotych, a teraz dużo doskonalsze urządzenia idą za 40 zł!

To jedynie fragment transkrypcji, w tym miejscu jest więcej materiału! Zapisz się na newsletter aby przeczytać pełny zapis tekstowy odcinka albo posłuchaj podcastu za darmo na dowolnej platformie podcastowej: Spotify, Apple Podcast, Dezeer, Pocket Casts, albo na YouTube.

I to już wszystko w szóstym odcinku Retro-podcastu Informatyka Zakładowego. Tradycyjnie zachęcam do subskrypcji newslettera i przypominam, że od poprzedniego odcinka kompletne transkrypcje dostępne są właśnie dla subskrybentów. Do usłyszenia w kolejnym odcinku, cześć!


.

O autorze: zawodowy programista od 2003 roku, pasjonat bezpieczeństwa informatycznego. Rozwijał systemy finansowe dla NBP, tworzył i weryfikował zabezpieczenia bankowych aplikacji mobilnych, brał udział w pracach nad grą Angry Birds i wyszukiwarką internetową Microsoft Bing.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *