Kategorie
Bezpieczeństwo Publicystyka

Dlaczego WhatsApp nie ma Biura Obsługi Klienta

Żadnej wielkiej firmy technologicznej nie obchodzi, że ktoś przejął twoje konto, albo że zostało ono automatycznie zablokowane. Nic dziwnego – raczej nie jesteś Ważną Osobą ani Znaną Osobą. Ale firmy technologiczne pozwalają sobie, by efekty ich beztroski dotykały również osób Ważnych i Znanych. Zwłaszcza, gdy mowa o sieciach społecznościowych – nikt nie jest przecież w stanie zabrać swoich followersów na inną platformę, konkurencyjny rynek nie istnieje.

Widziałem duże projekty IT od kuchni, przy kilku pracowałem. Dziś opowiem, jak zmienia się postrzeganie jakości i niezawodności usługi, przy której pracujesz, gdy korzystają z niej miliony użytkowników.

Otóż…

Jesteś na pustyni, idziesz po piachu, gdy nagle spoglądasz w dół i widzisz żółwia. Schylasz się i przewracasz go na plecy. Jego brzuch praży się w gorącym słońcu; macha łapkami, próbując się obrócić. Ale nie potrafi. Nie bez twojej pomocy. A ty mu nie pomagasz.

To oczywiście scena przesłuchania z filmu Blade Runner, test Voight-Kampfa pozwala – dzięki różnicom w odczuwaniu i przeżywaniu emocji – odróżnić człowieka od replikanta. Już tych kilka zdań doprowadziło Leona na skraj wytrzymałości. Zostawmy jednak film i wyobraźmy sobie tę właśnie sytuację. Widzisz żółwia. Rozglądasz się i spostrzegasz drugiego, też leżącego na plecach. I trzeciego, i czwartego.

A potem podnosisz wzrok i dociera do ciebie, że są ich setki, tysiące, dziesiątki tysięcy – niektóre bliżej, niektóre dalej, widoczne wszędzie po horyzont, w każdym kierunku, bez końca. Wszystkie czekają na pomoc. Ale ty nie pomożesz wszystkim, to niemożliwe. Gdy ruszysz w stronę jednego, oddalasz się od tysięcy innych. Gdy pomożesz dwóm czy trzem, pojawi się setka kolejnych. Ile czasu minie, zanim zobojętniejesz całkowicie na ich widok?

Oczywiście zmierzam w stronę konkretnych wniosków, najpierw jednak musimy nakreślić tło. Wyobraź sobie…

Klasyczny biznes z Biurem Obsługi Klienta

Wyobraź sobie nudny, przewidywalny biznes, który działa od dekad i będzie działał przez kolejne dekady. Niech to będzie firma energetyczna sprzedająca prąd, w południowej Polsce – Tauron. Firma ta świadczy usługę dystrybucji prądu dla jakichś sześciu milionów klientów. Teraz będzie trochę nudnych szacunków, ale pozostańcie ze mną.

Obsługą klientów zajmuje się spółka o dość intuicyjnej nazwie „Tauron Obsługa Klienta” – prowadzi ona 44 punkty terenowe. Niektóre są większe, inne mniejsze – załóżmy jednak, że w każdym „na sali” pracuje na pełen etat 6 osób, razem 264 osoby. Niech każda obsłuży trzech klientów na godzinę przez 1800 godzin rocznie. To daje nam 1 milion 400 tysięcy interakcji (załatwienie sprawy może wymagać więcej niż jednego kontaktu).

W dzisiejszych czasach wiele da się załatwić przez telefon albo internet. Jeśli przyjmiemy, że połowa osób pracuje przy obsłudze takich zgłoszeń, dojdzie nam dodatkowy tysiąc pracowników infolinii, czata, systemu ticketowego – a łączna liczba obsłużonych interakcji będzie z grubsza odpowiadać liczbie klientów.

Innymi słowy – w nudnym, stacjonarnym biznesie, w którym obsługujemy ludzi starych i młodych, mających w zwyczaju dzwonić lub iść osobiście do BOK-u, w sprawach trywialnych oraz skomplikowanych, firma jest w stanie ogarnąć jeden kontakt ze strony każdego klienta raz na rok. A ponieważ raz podpisana umowa może lecieć na autopilocie dekadę, to bardziej prawdopodobne jest załatwianie co roku nieco bardziej pracochłonnych spraw jedynie z częścią klientów.

Zapamiętajmy liczby: jeden pracownik obsługi przypada na 4-5 tysięcy klientów, przy typowej mieszanej pracochłonności spraw będzie w stanie obsłużyć każdego z tych klientów raz na kilka lat. Miliony klientów = tysiące pracowników obsługi.

Ciarki przechodzą nam po plecach gdy zdamy sobie sprawę, że…

Wielkie firmy internetowe mają miliardy użytkowników

Czy miliardy klientów to konieczność zatrudnienia… milionów pracowników obsługi? Brzmi absurdalnie? Tak źle nie jest, big-techy mają miliardy użytkowników, nie klientów. Użytkownik nie płaci, więc dobrze rozumie, że nie może zbyt wiele wymagać. Skądinąd nie zawsze jest świadomy, że to on stanowi element oferty prezentowanej reklamodawcom, że to jego czas i uwaga – zawłaszczone przez zgównowacony content – podlegają prawom popytu i podaży.

Niezależnie jednak od wartości konsumowanych treści, realnym problemem będzie utrata dostępu do konta – zwłaszcza, gdy mowa o komunikatorach, usługach poczty elektronicznej i tzw. sieciach społecznościowych. Choć rola tych ostatnich w łączeniu ludzi jest od lat minimalizowana, to nadal pełnią ważną rolę w cyfrowej tożsamości – dzięki samej tylko funkcji logowania „przez Facebooka” w serwisach trzecich.

Tak więc ludzie tracą dostęp do swoich kont i komunikatorów – na różne sposoby. Albo z powodu używania tych samych haseł w różnych miejscach, albo z powodu używania trywialnie prostych haseł, poprzez phishing, malware, podmianę kart SIM, kradzież danych przeglądarki i na dziesiątki innych sposobów. Gdy to nastąpi, spanikowany użytkownik chciałby skontaktować się z „supportem Whatsappa” by zgłosić kradzież konta i odzyskać dostęp.

I wtedy następuje zderzenie z rzeczywistością.

W internecie bardzo mały zespół ludzi może tworzyć usługi dla wielkiej rzeszy ludzi. Jednym z najsłynniejszych przykładów jest Whatsapp – gdy przeszło dekadę temu kupował go Facebook, komunikator ten miał 55 pracowników i… 450 milionów użytkowników. Obsługą problemów zgłaszanych przez użytkowników zajmowało się nie więcej niż kilkanaście osób, część z nich rotacyjnie, łącząc tę rolę z innymi zadaniami. Jeden pracownik obsługi przypadał więc na… 30 milionów użytkowników.

A to nie rekord – nad komunikatorem Telegram pracuje ok. 50 osób a używa go ponad miliard ludzi, więc dział wsparcia użytkowników, jeśli w ogóle został tak nazwany, musi mierzyć się z obciążeniem rzędu setek milionów użytkowników na jednego pracownika.

Teraz wiecie już, dlaczego przywołałem obraz nieprzeliczonej liczby żółwi leżących na plecach i czekających na pomoc. Ta pomoc po prostu nie nadejdzie.

Skala problemu

Spójrzmy na Google i Facebooka, obie platformy utrzymują łącznie ponad 6 miliardów kont użytkowników. Znacząca część tych ostatnich zetknie się z próbą ataku – najpopularniejszą metodą będzie phishing czyli próba nakłonienia osób do zdradzenia nazwy i hasła, ale złodzieje przez 24h na dobę próbują też losowo dopasować najpopularniejsze hasła do istniejących kont.

Biorąc pod uwagę, jaka część populacji jest jednocześnie chciwa i głupia (a więc podatna na różnego typu oszustwa), możemy zgadywać, że co roku jeden procent kont zostanie przejęty przez złodziei. No dobrze, może będzie to ćwierć procenta. To nadal między 15 a 60 milionów przejętych kont rocznie.

Prawdopodobnie większość z nich uda się odzyskać za pomocą automatycznych narzędzi – o ile użytkownik będzie w stanie podać orientacyjną datę założenia konta, obszar z którego się przez lata logował, poprzednie hasła, numer telefonu itp. Jeśli jednak złodziej podjął od razu działania zapobiegawcze – albo wskutek jego akcji konto zostało zablokowane – odzyskanie kontroli będzie niemożliwe. Dziesiątki milionów takich sytuacji. Dziesiątki milionów żółwi na pustyni.

Czy masz dobrego znajomego w Googlu lub Facebooku?

Przez długie lata jedynym sposobem na odzyskanie konta w rzeczywiście problematycznej sytuacji były osobiste znajomości. Nie dlatego, że gdzieś tam głęboko wewnątrz organizacji istnieje ekskluzywny dział obsługi klienta dla VIP-ów. Nie istnieje. Sposób działał, bo płaska struktura organizacyjna i szerokie uprawnienia pracowników umożliwiały realizację takiej przysługi – a pomoc znajomemu to przecież dobry uczynek.

Ponieważ jednak pracownicy big-techów korzystali z takich uprawnień także w niecnych celach (np. aby stalkować swoich byłych partnerów) zaś regulatorzy zaczęli przyglądać się procedurom ochrony danych osobowych, znajomości przestały działać.

Zdesperowanym użytkownikom, których konta przejął złodziej albo zablokował automat, pozostało więc tylko jedno – robić hałas. Nagłaśniać problem mając nadzieję, że przedstawiciele Google czy Facebooka zawstydzą się i pomogą. Dobra, pożartowaliśmy sobie. Chyba nie sądzicie, że ludzie skłonni do współpracy z autokratycznymi reżimami, zarabiający miliardy na reklamach oszustw, używający dezinformacji w roli narzędzi rozwoju biznesu, są zdolni do odczuwania wstydu.

No więc nie. Jedyny mechanizm, jak może tu zadziałać, to lęk menedżera średniego szczebla o nadchodzącą premię. Bo jeśli szambo na jego podwórku wybije zbyt wysoko i ściągnie zbyt dużo uwagi, to na takiego menedżera może spojrzeć pytająco Dyrektor albo nawet Wiceprezes. Tak więc w szczególnie głośnych przypadkach ów menedżer wykorzysta wewnętrzne układy albo zaciągnie dług wdzięczności po to, by zaleczyć jeden głośny przypadek, by pomóc pojedynczemu hałaśliwemu użytkownikowi.

Miliony pozostałych żółwi będą w ciszy przebierać łapkami w powietrzu.

Czy hałas rzeczywiście działa?

Czasem działa, czasem nie działa! Szczególnie spektakularnym przypadkiem była blokada konta Google, której w 2021 roku doświadczył Andrew Spinks, autor popularnej gry Terraria. Przyczyna – nieznana. Efekt – brak dostępu do poczty elektronicznej, do wartych tysiące dolarów aplikacji i filmów w Google Play, plików na Google Drive, do konta YouTube. Spinks próbował standardowych metod odzyskiwania konta, próbował zwrócić na siebie uwagę w social mediach, bez efektu.

Teraz gwóźdź programu – Andrew Spinks nie był losowym twórcą o średnich zasięgach i popularności, tylko partnerem biznesowym Google Stadia, wydawcą gry mogącej ściągnąć na platformę Google dziesiątki tysięcy nowych graczy. I nawet człowiek, który miał kontakt z menedżerami Google, długie tygodnie bez efektu próbował dotrzeć do kogoś, kto by mu pomógł.

Spinks napisał na Twitterze wątek kończący się słowami: „Nie zrobiłem absolutnie nic, co naruszałoby wasze warunki korzystania z usługi, więc nie mogę tego interpretować inaczej niż jako waszą decyzję o zerwaniu z nami stosunków. Uznaję, że mosty zostały spalone. Terraria na Google Stadia zostaje anulowana. Moja firma nie będzie w przyszłości wspierać żadnej z waszych platform. Nie zamierzam współpracować z korporacją, która tak mało ceni swoich klientów i partnerów. Współpraca z wami to dla mnie obciążenie

Retro Tata i jego Xbox

Kilka tygodni temu w polskich social mediach poniósł się hałas wygenerowany przez twitterowicza o nicku Retro Tata, który utracił dostęp do konta Microsoft – miał tam niemal 300 gier na platformę Xbox. Jak później dowiedzieliśmy się z podcastu MKwadrat, zautomatyzowana procedura odzyskiwania konta zakończyła się niepowodzeniem oraz informacją, że sprawa jest zamknięta a konto – nie do odzyskania.

Dopiero wpis w social mediach, który zebrał 850 tysięcy odsłon i zainicjował falę reakcji, pomógł w skontaktowaniu się przez znajomego z kimś, kto miał moc ponownego otworzenia ticketa i zainicjowania kontaktu telefonicznego ze strony supportu Microsoftu. W podcaście Retro Tata opowiedział, że godzinna rozmowa miała miejsce po angielsku, wymagała zdalnego dostępu supportu do jego komputera (co jest nie tylko dziwne, ale i niebezpieczne), a w trakcie występowały problemy techniczne sugerujące, że procedura była częściowo improwizowana.

W tym konkretnym przypadku dostęp udało się odzyskać, ale taka ścieżka absolutnie się nie skaluje. Sama tylko bariera językowa będzie stanowić przeszkodę nie do pokonania dla 95% Polaków.

Dlaczego nie ma automatów odróżniających złodziei od zwykłych ludzi?

Są – i radzą sobie względnie dobrze. Problem polega na tym, że wśród miliardów kont zdarzy się dosłownie wszystko, co możliwe: użytkownicy z demencją, użytkownicy-eksperymentatorzy, użytkownicy z uszkodzonymi klawiaturami, użytkownicy próbujący po raz setny dostać się do konta zaginionego dziecka – wszystko, wszystko, wszystko.

Co gorsza, zakres działań zwykłych ludzi pokrywa się z zakresem działań przestępców. System wykrywający nadużycia nie oddzieli bezbłędnie jednych od drugich, bo wielu użytkowników wykorzystuje luki w procedurach i systemach, by np. korzystać z tańszych abonamentów z Brazylii, Turcji czy innego Wietnamu. A potem systemy wykrywające anomalie się zmieniają i jest płacz. Powodzenia w odzyskiwaniu konta, które było zasilane kartami prezentowymi ukradzionymi w Bangladeszu.

Meta mogłaby otworzyć Biura Obsługi Klienta. Nie uwierzycie, co stanie się później!

Wyobraźmy sobie, że spełnia się najpiękniejszy sen – Mark Zuckerberg osobiście poleca otworzyć BOK-i Mety we wszystkich krajach i wszystkich miastach powyżej, powiedzmy, pół miliona mieszkańców. Takich miast jest jakiś tysiąc – nieduże biuro w każdym z nich to 5000 etatowych pracowników, czyli kilka razy więcej niż Tauron Obsługa Klienta. Co dzieje się teraz?

Po pierwsze – wiele rządów na całym świecie zyskuje możliwość wywierania presji na Metę np. poprzez zarzuty karne albo aresztowanie pracowników – tak w 2016 zatrzymano w Brazylii wiceprezesa Facebooka ds. Ameryki Łacińskiej (źródło). Z kolei w Indiach Facebook sam zawczasu zatrudnił na eksponowanym stanowisku byłego oficera policji, który w razie problemów z władzami poradziłby sobie z presją i ewentualnym aresztem (źródło).

Po drugie – dostęp do wewnętrznych systemów IT big techów może być łakomym kąskiem dla rządów albo służb. Możliwość sprawdzenia, kto stoi za nieprzyjaznym państwu profilem lub organizacją, byłaby wielką pokusą. Wielkie firmy mają tego świadomość – Uber stosował „kill-switch” czyli funkcję odcinającą całe lokalne biuro od zasobów firmowych w razie nalotu władz – ale taka sztuczka nie uchroni przed przekupieniem lub zastraszeniem pojedynczego pracownika.

Jeśli jednak spojrzymy na cykl życia big techów, to po udanym uruchomieniu międzynarodowego BOK-u (i awansie odpowiedniego dyrektora na wiceprezesa) nastąpi nieuniknione wdrożenie oszczędności w działalności operacyjnej międzynarodowego BOK-u (i – co oczywiste – awans innego dyrektora na wiceprezesa). Spółka zależna, potem zewnętrzny dostawca, potem zamiana biur na obsługę telefoniczną, koncentracja supportu telefonicznego w Indonezji, ograniczenie do 5 najważniejszych języków i po dwóch-trzech latach jesteśmy znów w punkcie wyjścia (a wiceprezesi odpowiedzialni za cały cykl wychylają na jachcie kreskę szampana).

Support klienta może mało a widzi jeszcze mniej

Odebraliście kiedyś telefon, w którym pracownik banku chciał wam przedstawić „ofertę dopasowaną do waszego profilu klienta”? Spytajcie go o cokolwiek – wysokość kredytu hipotecznego, średni obrót na karcie kredytowej albo miesięczne wpływy na konto. Nie będzie wiedział, bo nie może tego wiedzieć – to nie pracownik banku, to outsource’owany lektor skryptu sprzedażowego. Nikt nie ufa mu na tyle, aby udostępnić jakiekolwiek detale dotyczące faktycznego „profilu klienta” – automat łączy go po prostu z kolejnymi anonimowymi dla niego osobami.

W prawdziwym supporcie firmy usługowej bywa lepiej, ale niewiele lepiej. Pracownik BOK-u może np. widzieć faktury klienta i listę zamówionych usług, ale nie będzie w stanie stwierdzić, dlaczego niektóre usługi są zdublowane (usterka panelu klienta) albo dlaczego zużycie usług jest większe, niż zdaniem klienta powinno być (usterka funkcji zliczającej).

Jeśli organizacja jest dostatecznie dojrzała, to pracownik BOK będzie mógł – w imieniu i za zgodą klienta – zalogować się do panelu klienta, porównać dane z logiem zdarzeń, które widzi w panelu administracyjnym, udokumentować usterki i zgłosić błąd osobom odpowiedzialnym za dany fragment systemu. Będzie też widział status swojego zgłoszenia i przekaże aktualizacje klientowi – a jeśli wewnętrzne reguły dadzą takim zgłoszeniom wysoki priorytet, to czasem problem klienta zostanie rozwiązany w kilka godzin.

Niestety, w typowym przypadku zasób ludzki w zewnętrznym BOK-u ma minimalny wgląd w dane klienta i jest całkowicie izolowany od części operacyjnej biznesu – a zgłoszenie serwisowe wpadnie na dno studni z tysiącem innych zgłoszeń i nikt go nigdy nie przeczyta (a po roku zamknie je automat do poprawiania statystyk).

Milion żółwi przewróconych na plecy

Niewiele organizacji skupia się na jakości obsługi klienta. Miarą sukcesu dla Tauronu będzie zapewne procentowa dostępność energii w punktach dystrybucji – a nie przyjazne formularze. Nikogo nie obchodzi, że przepisanie licznika na inną osobę w stacjonarnym Biurze Obsługi trwa pół godziny, bo tyle czasu klient wypełnia kilometrowe formularze tymi samymi danymi, które są od lat obecne w systemie informatycznym (akapit oparty na prawdziwej historii). Czy pracownicy współczują klientom? Zapewne przez pierwszy tydzień, potem obojętnieją.

Podobnie jest w firmach technologicznych – stabilność działania Whatsappa czy Facebooka jest złudna. Firmy te dawno temu wdrożyły usługi ciągłej integracji i ciągłego dostarczania nowych wersji (CI/CD). Nikt niczego nie testuje, miarą poprawności jest stabilność metryk. Jeśli nowa wersja, która dostanie 1% ruchu, zacznie kasować zalogowanym użytkownikom historię wiadomości, to zapewne po kilku minutach zostanie automatycznie wycofana a autor zmiany dostanie odpowiedni alert.

Co wtedy zrobi ów autor? Gdyby problem dotyczył połowy użytkowników w USA, wdroży się procedury przywracania backupu. Gdy problem dotyczy 1% użytkowników w Nowej Zelandii, nikt nawet nie wzruszy ramionami. Nic nie szkodzi, że ludzie mieli tam historię rozmów ze zmarłym dzieckiem albo jedyną fotografię dawnej miłości. Dzień jak co dzień, „impact: low”. A gdyby nawet ów developer chciał być w porządku i przywrócić dane owemu jednemu procentowi, to dostanie po łapkach od Program Managera. Move fast and break things!

Decyzja Andrew Spinksa o porzuceniu Terrarii na platformy Google odbiła się szerokim echem. Gdy śledziłem jeszcze ekosystem Androida, nie było miesiąca bez kolejnego przypadku dewelopera, któremu automat zlikwidował konto Google podłączone do sklepu Play. Ich skargi nie odbijały się żadnym echem.

Problem przejętych kont w social mediach przypomina trochę problem pieniędzy skradzionych z banku. Jeśli rozmiar szkody nie przekracza progu alarmowego, wszyscy przechodzą nad tym do porządku dziennego. A jednak nawet oni nie chcieliby żyć w świecie, w którym jedno na sto czy dwieście gospodarstw traci co roku dostęp do elektryczności („proszę sobie dociągnąć od transformatora nowy kabel i przyjść podpisać nową umowę, stara jest nie do odzyskania”).

Czy jest jakaś nadzieja?

Nie. Chyba nie. Znikoma. Niewielka.

W dzisiejszym świecie turbo-kapitalizmu jedyna nadzieja płynie ze strony Unii Europejskiej, która jest jedynym rynkiem wystarczająco dużym i ważnym, aby Big Techy musiały się dostosować do narzucanych wytycznych. Chin nie liczymy, bo tamtejszy świat online jest obustronnie izolowany przez Wielkiego Chińskiego Firewalla. Indii nie liczymy, bo grają głównie na siebie.

Owszem, niektóre regulacje unijne nie mają sensu – od dwóch dekad męczymy się z ostrzeżeniami o cookies, choć od strony technicznej są niezbędne (powodzenia w implementacji wygodnych i wydajnych usług online nie używających ciasteczek). Widzimy jednak, że np. RODO/GDPR działa – analogiczne rozwiązania wdrażają niektóre stany w USA, regulaminy usług są dla rezydentów UE bardziej korzystne, niż dla reszty świata, niektóre funkcje śledzące są tu domyślnie wyłączone a nie włączone – i tak dalej.

Skoro jednak mamy już Akt o rynkach cyfrowych i Akt o usługach cyfrowych (choć pan prezydent woli, jak było kiedyś), to można wyobrazić sobie regulację wymuszającą na odpowiednio dużych serwisach wdrożenie procedur pomagających użytkownikom odzyskać utracone konto.

Dodajmy, że konto w serwisie online można utracić trzymając się zaostrzonych zasad bezpieczeństwa, albo wręcz wcale go nie używając – niedawno bot Facebooka/Instagrama dawał dostępy do cudzych kont każdemu, kto grzecznie o to poprosił. Byłoby więc fajnie, gdyby taka hipotetyczna regulacja wymuszała jednak udział w procesie żywego człowieka.

Czy takie regulacje kiedykolwiek się pojawią? Cóż, to pytanie do polityków. Których? Zaktualizuję artykuł, gdy na czele resortu cyfryzacji stanie ktoś kompetentny.


.

O autorze: zawodowy programista od 2003 roku, pasjonat bezpieczeństwa informatycznego. Rozwijał systemy finansowe dla NBP, tworzył i weryfikował zabezpieczenia bankowych aplikacji mobilnych, brał udział w pracach nad grą Angry Birds i wyszukiwarką internetową Microsoft Bing.

28 odpowiedzi na “Dlaczego WhatsApp nie ma Biura Obsługi Klienta”

W poszukiwaniu informacji na ten temat trafiłem na oficjalną stronę „Ratusz na Facebooku – informacje”, co sugeruje, że płatny pakiet nie ułatwi kontaktu z żywym człowiekiem. Co innego superreakcje w relacjach albo wydłużenie czasu trwania relacji – tu korzyści będą natrętne, bezsporne i spektakularne.

Drobna aktualizacja do przepisania licznika w Tauronie, co robiłem dwa razy w ostatnich trzech latach – da się to zrobić internetowo i zajmuje to jakieś 5 minut, a formularz jest bajecznie prosty.

Co innego ich oferty, w których w obrębie jednej taryfy (powiedzmy, że G11) musisz wybierać między prądem zwykłym, prądem eko, z serwisantem, z eko serwisantem, z ubezpieczeniem mieszkania/na życie/NNW, z klimatyzacją, z bukietem kwiatów dla sąsiada/sąsiadki (dopiero tu przesadzam). Każda z opcji ma jeszcze wybór między wyższą i niższą stawką dystrybucyjną, która czasami obniża, a czasami nie obniża maksymalnej ceny kWh prądu, której i tak nie poznasz do momentu otrzymania faktury rozliczeniowej, bo zależy od słońca, wiatru i regulacji rządowych na kolejne kilka miesięcy w przód.

Meta, Youtube i podobne platformy mogą się jeszcze wiele nauczyć od Tauronu w kwestii definiowania swoich subskrypcji na wersję prawie-bez-reklam, bez reklam, bez reklam i z mniejszą ilością sprzedawanych danych, prawie-bez-sprzedawanych-danych, bez-sprzedawanych-danych-wyłącznych-aktywności-użytkownika, z dostępem do ich AI w zakresach x1, x2, x5, x10 przez przeglądarkę, aplikację, CLI, API lub gołębia pocztowego. Wierzę, że choć pod tym względem przebiją „klasycznych” dostawców usług wszelakich, choć nasze rodzime serwisy streamingowe (z Playerem/Grupą TVN na czele) dzielnie dotrzymują im kroku.

Jak tak myślę, to to mogłaby być ciekawa blogonotka – dla kogo właściwie są te cenniki ofert i dlaczego nikt, kto szanuje swój czas (i zdrowie psychiczne) nie będzie w stanie się w tym odnaleźć. Z typową ironią autora – czytałoby się świetnie.

Internetowo owszem, łatwo i szybko. Na miejscu, papierowo – koszmar.

Co do wyboru cennika, procedura jest prosta – szukasz tego najbardziej ukrytego. Im ciemniejszy pattern go chroni, tym lepsze warunki dostaniesz.

Nie wiem, czy faktycznie Whatsapp nie ma BOK, ale z drugiej strony właśnie Meta czy Google jakieś mają. Pytanie, na ile to wynika z dość szerokiego portfolio (potrzebujesz BOK by zgłaszać nie poządane treści), bo Whatsapp to korpo jednego produktu.

Meta i Google mają działy wsparcia dla osób kupujących reklamy – czyli klientów, nie użytkowników

Niech będzie nawet płatny ten support w chwili gdy potrzeba z niego skorzystać ale niech obowiązkowo będzie dostępny. Rozsądnie cenowo, z człowiekiem po drugiej stronie, zdolnym coś zdziałać (z ścieżkami eskalacji do właściwych działów, ludzi).

„gdy na czele resortu cyfryzacji stanie ktoś kompetentny.” – jakież to trafne.

>Owszem, niektóre regulacje unijne nie mają sensu – od dwóch dekad męczymy się z ostrzeżeniami o cookies, choć od strony technicznej są niezbędne

Dla jasności, jeśli cookies są „funkcjonalnie niezbędne”, to ostrzeżenia nie trzeba dawać. (np preferencje, hasło, koszyk zakupowy) Baner daje się dla cookies marketingowych albo statystycznych.

Zakładam że Tobie chodzi o to że cookie statystyczne/marketingowe są dziś technicznie niezbędne w roku pańskim 2026, ale teoretycznie da się zrobić serwis nie mający banerów cookies.

Z artykułu wynika dla nas taki wniosek że jeśli tych darmowych usługach cyfrowych mamy jakieś ważne dane to zadbajmy żeby mieć je także gdzieś indziej. Najlepiej w miejscu nad którym mamy kontrolę czyli na naszym dysku

Od usług za które nic nie płacimy naprawdę nie mamy prawa niczego wymagać w szczególności obsługi klienta iprzechowywania naszych danych.

Równie dobrze mógłbym wymagać od autora tego bloga :
Regularnych artykułów ma interesujące mnie tematy
Gwarancji że wszystko co napisał jest całkowicie wolne od błędów
Odpowiedzi na ten komentarz

Jeśli zawiodę, masz dziesięć tysięcy innych blogów. Jeśli WhatsApp zawiedzie, nadal nie masz alternatywy.

Usługi Meta nie są darmowe – płacisz swoimi danymi osobowymi. Powiedziałbym nawet, że większość użytkowników przepłaca za nie, biorąc pod uwagę jakość usług w stosunku do zakresu danych, które udostępnia firmie Meta.

„chciwa i głupia (a więc podatna na różnego typu oszustwa)” – doskonała diagnoza/definicja podatności na oszustwa! 👍

Bardzo fajny tekst.
Oczywiście myślę też o tym, że płacę Meta za moje konto 80 złotych miesięcznie, czyli niewiele mniej niż kiedyś Tauronowi za prąd. Gdyby Tauron postanowił zautomatyzować obsługę klienta, gdyby „wylogowało mnie” z sieci energetycznej i nie miałbym człowieka, z którym mógłbym rozwiązać mój problem, to bym z nerwów chyba zmienił region.
Albo taka Coca Cola, która zarabia na mnie 5-20 złotych miesięcznie, a mogę im napisać, że w jakiejś partii cherry coke, nie smakowała wiśniami.

Więc nie do końca potrafię zrozumieć dlaczego firmy, które zarabiają więcej (uber, meta) nie są zmuszane przepisami do posiadania normalnej fizycznej obsługi klienta/biur.

aktualnie przerabiam skasowanie konta na fb + instagram – bez podania powodu. pisalem pisma wszedzie gdzie sie tylko da, aktualnie mam odpowiedz od UKE:
(…) W tym miejscu wskazuję, że zgodnie z art. 53 rozporządzenia DSA, odbiorcom usług pośrednich przysługuje prawo do wniesienia skargi na dostawców usług pośrednich do koordynatora ds. usług cyfrowych państwa członkowskiego, w którym znajduje się lub ma
siedzibę odbiorca usługi. Zgodnie jednak z przepisami prawa powszechnie obowiązującego, w Polsce nie został dotychczas wyznaczony koordynator ds. usług cyfrowych w rozumieniu art. 49
rozporządzenia DSA tj. organ odpowiedzialny za nadzorowanie dostawców usług pośrednich i egzekwowanie obowiązków nałożonych na nich na podstawie rozporządzenia DSA.
Zgodnie z uchwałą nr 67 Rady Ministrów z dnia 13 maja 2025 r.1, Prezes UKE został wyznaczony do pełnienia funkcji koordynatora ds. usług cyfrowych wyłącznie w zakresie określonym w tej uchwale, co oznacza, że zakres umocowania Prezesa UKE obejmuje
wyłącznie realizację enumeratywnie wskazanych w uchwale przepisów rozporządzenia DSA, tj. pozyskiwanie i gromadzenie informacji przekazywanych przez państwa członkowskie, jak i Komisję Europejską (art. 33 ust. 6, art. 57 ust. 1 „w zakresie otrzymywania informacji” oraz art. 75 ust. 3 rozporządzenia DSA), udział w posiedzeniach Europejskiej Rady ds. Usług Cyfrowych (art. 62 rozporządzenia DSA), wymianę wiedzy eksperckiej (art. 64 rozporządzenia DSA) bądź współpracę z Komisją Europejską przy opracowywaniu wytycznych w zakresie zarządzania ryzykiem systemowym (art. 35 ust. 3 rozporządzenia DSA).
Powyższe oznacza, że Prezes UKE nie ma obecnie mandatu do przyjmowania oraz rozpatrywania skarg składanych na dostawców usług pośrednich na podstawie rozporządzenia DSA. Prezes UKE nie ma również podstawy prawnej do uruchomienia przewidzianego w art. 53 rozporządzenia DSA trybu przekazania skarg, składanych
na dostawców usług pośrednich, do koordynatora ds. usług cyfrowych właściwego dla miejsca siedziby danego dostawcy usługi. Wskazuję dodatkowo, że aktualnie prowadzone są prace legislacyjne nad zmianą ustawy z dnia 18 lipca 2002 r. o świadczeniu usług drogą elektroniczną (t.j. Dz. U. z 2024 r. poz. 1513 ze zm.), na mocy której ustawodawca zamierza upoważnić Prezesa UKE do nadzoru nad przestrzeganiem przepisów rozporządzenia DSA przez dostawców usług pośrednich.
Do czasu wejścia w życie stosownych przepisów, Prezes UKE nie jest organem właściwym do przyjmowania, oceny ani przekazywania skarg wnoszonych na podstawie rozporządzenia DSA na działania dostawców usług pośrednich. Niezależnie od powyższego wskazuję, że zgodnie z art. 56 ust. 3 rozporządzenia DSA nadzór nad platformami internetowymi, kwalifikowanymi jako bardzo duże platformy internetowe (jak np. Facebook, Instagram, X czy TikTok) lub bardzo duże wyszukiwarki internetowe (Google Search, Bing) sprawuje bezpośrednio Komisja Europejska. Pełen wykaz ww. platform i wyszukiwarek znajduje się na stronie https://digital-strategy.ec.europa.eu/pl/policies/list-
designated-vlops-and-vloses. (…) Podsumowując powyższe pragnę podkreślić, że niezwłocznie po wejściu w życie przepisów krajowych upoważniających Prezesa UKE do realizacji zadań związanych z egzekwowaniem przestrzegania przepisów rozporządzenia DSA, Prezes UKE podejmie niezbędne i odpowiednie działania mające na celu monitorowanie działalności platform internetowych w zakresie, w jakim działania tych platform naruszają lub mogą naruszać przepisy
rozporządzenia DSA. Natomiast na dzień sporządzenia niniejszego pisma, Prezes UKE nie ma mandatu do rozpatrzenia złożonej przez Pana skargi.

Oczywiście, że dziękujemy.
W przeciwnym wypadku byle urzędnik mógłby nakazać usunąć Ci ten artykuł z wyimaginowanego powodu.
Nie neguję oczywiście zasadności wdrożenia tych aktów, ale jak zwykle rząd przygotował ustawę po swojemu: coś dobrego + wrzutka lobbystyczna / polityczna.

Nie zgadzam się z tym, że Meta czy WhatsApp nie mogą stworzyć porządnych centrów obsługi klienta. Np Apple takie posiada. Korzystałem ze 3 razy z rozmowy z konsultantem, który pomógł mi, albo przynajmniej próbował. I to po polsku.

FB, X, itd. mają Ciebie gdzieś, to trzeba sobie uświadomić. Mam np kontakt z supportem dotyczącym aplikacji korzystających z API FB. Pod ticketami czy na forum czasem można przeczytać wołania o pomoc, dramaty, kiedy API przestaje działać bez powodu, tracących klientów i dochody swoje i pracowników. Sami przestaliśmy już pisać swoje zgłoszenia, bo to nie ma sensu. Mamy nawet listę ticketów nie rozwiązanych, albo na które nikt nigdy nie odpowiedział. Nic nie zrobisz firmie, która Ciebie jawnie olewa. Po prostu te firmy są zbyt wielkie, z dochodami przewyższającymi wiele budżetów państw i którym nikt nic nie może zrobić (patrz nasz rząd).

Tu jest jeszcze pół biedy, bo sam jesteś sobie winien, nie płacisz za usługi, to oni mogą nie reagować, robią coś z czystego altruizmu ;). Są też serwisy takie jak X, którym płacisz kasę za API i dalej mają Cię w nosie :).

Ciekawy artykuł, samo gęste.
Trochę ociepliłeś w moich oczach wizerunek Big Techów. Z artykułu wnioskuję, że traktują nas w taki olewczy sposób głownie z powodu ilości użytkowników. Po prostu jest to fizyczna bariera.
Jestem świeżo po lekturze „Bógtechy” Sylwi Czubkowskiej (świetna książka) i tam autorka mam wrażenie trochę pominęła tą kwestię.

Nie wierzę, że kraj trzeciego świata potrafił ustawić Metę do pionu, a my wciąż tego nie potrafimy. Indie poradziły sobie z ich agresywną polityką i brakiem obsługi klienta. Utworzyły GAC (Grievance Appellate Committees) – rządowe komitety odwoławcze działające poprzez oficjalną platformę internetową, które pełnią funkcję organu drugiej instancji. Za jej pośrednictwem obywatele mogą nie tylko zgłaszać nielegalne lub szkodliwe treści, ale też zaskarżać decyzje o moderacji (np. bezpodstawne usunięcie konta, posta czy zignorowanie zgłoszeń o hejcie) podejmowane nie tylko przez Metę, ale i przez wszystkie inne portale społecznościowe działające w tym kraju.

Rozstrzygnięcia wydawane przez GAC mają charakter prawnie wiążący. Jeśli Meta lub jakikolwiek inny gigant technologiczny nie wdroży ich w wyznaczonym terminie, grożą im wysokie kary finansowe, a w skrajnych przypadkach – utrata ochrony prawnej przed odpowiedzialnością za treści publikowane przez użytkowników (tzw. statusu safe harbor).

Indie mają miliard potencjalnych odbiorców reklam. Tego nikt nie zlekceważy. Co innego taka Australia, 27 milionów ludzi, która zażyczyła sobie podziału przychodu z reklam z mediami tworzącymi treści. Reakcja Fecebooka? Fakju, zerujemy zasięgi australijskich mediów, dzielcie sobie zero. To było 5 lat temu, jakoś się dogadali, ale czy australijskie media online mają się lepiej, niż wtedy? No chyba nie.

Popatrz popatrz, a jak miałem drobny problem z synchronizacją haseł na różnych urządzeniach appla to po bezskutecznym wykonaniu procedur początkowych bez problemu uzyskałem kilkukrotnie kontakt z prawdziwym człowiekiem. I udało się to naprawić

Przemielić i wypluć – to jest teraz domena takich graczy. Nie bardzo da się rosnąć już liczbą dostępnych rekordów (czyli ilością userów), to żeby raporty się zgadzały to trzeba monetyzować to co jest, tych których złapano. Kto by się przy tym martwił automatycznymi blokadami. Odsetek nie jest duży to olewamy temat.

Niestety na początku wygodne rzeczy gdy już porozpychają się i zniszczą niezależne projekty (fora, ogłoszenia, informacje), mogą dyktować warunki jakie chcą.

Nie mamy pańskiego płaszcza i co nam pan zrobisz?

„Firma ta ma świadczy usługę dystrybucji prądu dla jakichś sześciu milionów klientów.” Mam tutaj literówkę

Dobrze by było jakby była opcja zapłacenia za obsługę np. 100 zł i jeśli to „nasza” wina np. wycieknięcie hasła i brak 2FA to brak zwrotu, a jeśli błąd techniczny to zwracają oczywiście. Odsieją boty całkowicie takie opcje.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *