Kategorie
Podcast

Czwarty odcinek Retro-podcastu Informatyka Zakładowego

Dzień dobry! Nazywam się Tomek Zieliński a wy słuchacie czwartego odcinka Retro-podcastu Informatyka Zakładowego. Minął kwartał od startu podcastu i wraz z tym odcinkiem kończą mi się przygotowane uprzednio materiały, więc muszę ponownie wybrać się do Biblioteki Uniwersyteckiej, aby przeszukać kolejne tomy (i tony) czasopism, by wynotować artykuły, które przykuwają uwagę po dwóch lub trzech dekadach.

Retro-podcast Informatyka Zakładowego dostępny jest na wszystkich popularnych platformach podcastowych: Spotify, Apple Podcast, Dezeer, Pocket Casts, oraz na YouTube i jako RSS Feed. Powiadomienia o nowych odcinkach trafiają na Newsletter, zapraszam do subskrypcji (jeden mail na kilka tygodni i zero spamu!)
Uwaga edytorska: na tej stronie znajdziesz transkrypcję całego odcinka podcastu, zapis tekstowy został nieznacznie zmodyfikowany aby lepiej się go czytało.

Wasze komentarze dotyczące podcastu są prawie wyłącznie pozytywne, więc na pewno będę kontynuował nagrywanie w nadchodzących miesiącach. Tydzień temu wystąpiłem na konferencji InfoShare z prelekcją „Gdy komputery miały tryb TURBO, czyli świat pecetów sprzed 20-30 lat’’ i tam również wielu uczestnikom odpaliła się nostalgia za starymi dobrymi czasami.

W tym miejscu autoreklama. Jeśli Twoja firma organizuje jakieś wydarzenie, na którym chcielibyście posłuchać czegoś retro, albo prelekcji dla programistów, albo innych ogólnych treści związanych z IT, zabawnych i pouczających – proszę o kontakt. Przygotowałem ofertę tego typu wystąpień, a pierwsi klienci dostaną niższą cenę niż kolejni.

Do rzeczy jednak. Jak zawsze, cofamy się w przeszłość, aby przeglądać prasę komputerową sprzed 20, 25 i 30 lat. W tym odcinku będą to majowe wydania miesięczników Chip, PC World Komputer, Enter oraz Bajtek. Zaczynajmy.

Maj 1996

W Chipie odnajdujemy artykuł z testem drukarek laserowych. Drukarki laserowe były wtedy drogie, całkowicie poza zasięgiem domowego użytkownika. Wysoka cena wynikała z dwóch powodów. Po pierwsze – skomplikowana konstrukcja, pełna nowatorskich rozwiązań. Wtedy laserowi towarzyszył system ruchomych luster. Wewnątrz był też bęben światłoczuły, mieliśmy mechanizm przenoszący toner na papier i wprasowujący go na gorąco – to wszystko kosztowało.

Ale drugim powodem było to, że w każdej drukarce laserowej była też droga elektronika, w tym dużo pamięci RAM, czasem nawet tyle co w komputerze. Powód był taki, że w latach 90. drukowano na laserze dokumenty postscriptowe. Postscript to protoplasta PDF-a, tak można powiedzieć, i to jest taki bardziej matematyczny, wektorowy opis zawartości strony. Żeby przenieść taki dokument na papier, krzywe należy najpierw przekształcić w bitmapę. Do tego potrzebne było dużo pamięci – a i tak zdarzało się, że drukarka odmawiała druku dokumentów ze zbyt dużą liczbą detali, bo mimo stosowanej w drukarkach wewnętrznej kompresji tworzonego dokumentu, jeśli nie dało się go skompresować dostatecznie dobrze, to pamięci mogło zabraknąć. Obraz całej kartki trzeba było przygotować zawczasu, podczas drukowania nie byłoby to już możliwe.

Autor tekstu odnotowuje, że w pogoni za obniżką kosztów producenci po raz pierwszy przeszli na renderowanie dokumentów do druku przy użyciu sterownika drukarki, po stronie komputera – to znaczy bitmapa, która odwzorowywała obraz do przeniesienia na kartkę papieru, powstawała w pamięci komputera, a następnie była przesyłana po kablu do drukarki. Wiemy, że z upływem lat wszystkie elementy konstrukcji drukarek laserowych sukcesywnie upraszczano i dzięki temu nowa laserówka kosztuje dziś niewiele ponad 300 zł, gdy w latach ‘90 było to kilka tysięcy zł.

kliknij aby powiększyć

Inny artykuł z CHIP-a opisuje nową wersję Netscape Navigatora 2.0 z apletami Javy. Aplety były wówczas jedyną możliwością, aby na stronie internetowej pojawiły się jakieś elementy interaktywne, dynamiczne. Inne mechanizmy, takie jak martwy już dziś Flash, jeszcze nie istniały, a ówczesny Javascript nie pozwalał realizować praktycznie żadnych efektów graficznych. Aplety były nowatorskie, bo po raz pierwszy kod do wykonania na komputerze użytkownika ściągał się automatycznie sam, ale jednocześnie nie stanowił zagrożenia, bo wykonywał się w izolowanym środowisku, które nie pozwalało na przykład na odczyt lokalnych plików użytkownika. Oczywiście ograniczało to użyteczność apletów, a sama Java była tragicznie wolna, ale pierwsze koty za płoty. Był to pierwszy krok w kierunku interaktywnych stron internetowych.

Artykuł krytykuje też firmę Netscape za samowolne wprowadzanie elementów spoza HTML 2.0, czyli najnowszej zatwierdzonej wówczas specyfikacji. Przykładem były tabele, autor tekstu wyraża przekonanie, że firma powinna z nimi czekać na zatwierdzenie kolejnej wersji HTML-a. No a z drugiej strony… trudno dziwić się ówczesnemu liderowi, że chciał wytyczać trendy, a nie czekać aż dogoni i wyprzedzi go konkurencja.

PC World Komputer – na okładce widzimy dużą informację, że jest to dziesięciolecie miesięcznika – choć ten tytuł jako PC World Komputer wychodził od 6 lat. Przed rokiem 1990 był to po prostu miesięcznik Komputer wydawany przez Robotniczą Spółdzielnię Wydawniczą Prasa-Książka-Ruch, czyli ówczesnego – na dobrą sprawę – monopolisty wydającego miesięczniki.

foto: Morio, licencja CC BY-SA 3.0

W tym numerze odnajdujemy test aparatu cyfrowego Casio QV-10, czyli kompaktowego cyfraka, do którego mam szczególny sentyment, bo w tamtych czasach miałem go w ręce. Najpierw może o specyfikacji. Mimo, że sprzęt ten był – jak wszystko nowe w tamtym czasie – bardzo drogi, bo kosztował ponad dwie pensje, to jakość zdjęć, które były produkowane przez ten aparat cyfrowy była nieakceptowalnie niska. Aparat miał 2 MB pamięci na fotografie. Mieścił tych fotografii aż 96, co oznaczało mniej niż 25 kB na jedną fotkę. I nawet przy rozdzielczości 320×240 pikseli, tak małe pliki były po prostu kiepskie. Dość powiedzieć, że dzisiaj pliki graficzne z ikonkami, które widzimy na ekranach naszych telefonów (rozdzielczość np. 512×512 pikseli) mogą „ważyć” kilkaset kilobajtów, czyli kilkanaście albo kilkadziesiąt razy więcej niż fotografie z cyfraka Casio QV-10.

Gdzie udało mi się znaleźć dostęp do tak gorącej nowości? Otóż znałem wtedy księdza wydającego gazetkę parafialną i mimo, że był to franciszkanin, to jakoś tak się zakręcił, że ślub ubóstwa udało mu się jakoś lekko ominąć, jeśli chodzi o gadżety elektroniczne. No bo żeby wydawać tę gazetkę parafialną, potrzebował mieć możliwość fotografowania różnych wydarzeń na parafii, i zapewne w ten sposób wszedł w posiadanie cyfraka Casio QV-10. No a ponieważ znałem go wtedy, to raz czy drugi mogłem taki aparat pożyczyć i się nim samemu pobawić. Mimo, że fotki, które ten sprzęt produkował, były kiepskie, to było pewne, że ta technologia na pewno się przyjmie i że w szybkim tempie jakość zdjęć produkowanych nawet przez tanie kompaktowe aparaty bardzo istotnie się poprawi. No i tak się stało.

W magazynie Enter znajdujemy wyniki trzecich Mistrzostw Polski Wojen Rdzeniowych, czyli turnieju organizowanego już wcześniej przez tę redakcję w latach 92 i 94. Czym były wojny rdzeniowe? Zabawą dla programistów, polegającą na wypuszczaniu na wirtualną arenę dwóch programów-wojowników, polujących na siebie nawzajem. Który program pierwszy wykonał nielegalną operację, wstrzykniętą w jego kod przez konkurenta, przegrywał.

Napisałem o tym kiedyś artykuł na blogu Informatyk Zakładowy, znajdziecie tam przykłady i ilustracje. Redakcja tym artykułem zamykała temat, bo zainteresowanie czytelników było kilkukrotnie mniejsze niż dwa lata wcześniej. W zabawie wzięło udział tylko kilkanaście osób, a wojny rdzeniowe straciły popularność. Pamiętam jednak, że kilka lat później na studiach, na przedmiocie Algorytmy ewolucyjne, próbowaliśmy ulepszać programy wojowników losowymi mutacjami i śledzić, które mutacje były śmiertelne, a które poprawiały wynik wojownika poddanego takiej ewolucji.

Byłem ciekaw, czy po 30 latach cokolwiek się jeszcze dzieje w temacie wojen rdzeniowych – okazuje się, że tak. W serwisie Arxiv świeża praca ze stycznia 2026 opisuje próby tworzenia i mutowania wojowników przy użyciu LLM-ów i porównuje skuteczność kolejnych generacji w walce z 300 wojownikami napisanymi kiedyś ręcznie przez ludzi. Jeśli kogoś ten temat interesuje, warto zerknąć do tej pracy.

Ciekawy artykuł znajdujemy tym razem w Bajtku. Jest to tekst o standardzie ATX promowanym przez Intela. ATX był nową metodą organizacji czy też budowy wnętrza peceta. Miało to częściowo związek z tym, że przez minioną dekadę popularność zyskały stojące obudowy typu mini-tower, w miejsce leżących desktopów. ATX eliminował kilka problemów – na przykład zmieniał rozmiar i ułożenie płyty głównej, przez co długie karty rozszerzeń nie kolidowały już z procesorem. Standaryzował też ramkę na porty wbudowane w płytę główną. Każdy producent płyt głównych mógł układać zestaw portów, zestaw wyjść po swojemu, o ile tylko dołączał blaszkę z maskownicą o ustalonych rozmiarach.

ATX wymagał wprawdzie nowych obudów z nowym układem śrub mocujących płytę i nowych zasilaczy z nowymi gniazdami na płycie głównej, ale oferował też istotne benefity – na przykład możliwość programowego wyłączania komputera. Była też obietnica, że pojedynczy wiatrak w zasilaczu będzie mógł chłodzić procesor, bo CPU znajdował się w bezpośrednim sąsiedztwie zasilacza – ale ta obietnica nie została spełniona. Od tamtego czasu liczba wiatraków w PC-tach znacząco wzrosła, ale i tak korzyści z ATX były oczywiste, a cena komponentów tak naprawdę nie zmieniała się. ATX zdobył rynek szybko, a użytkownicy korzystali z udogodnień tego nowego standardu przy okazji wymiany sprzętu na nowy.

Maj 2001

Gdy zajrzymy do CHIP-a, możemy przypomnieć sobie, że Microsoft wydawał kiedyś dokumentację do swoich systemów operacyjnych na papierze. Ten numer CHIP-a przytacza informację o wydaniu Windows 2000 Resource Kit i co ciekawe było to polskie tłumaczenie siedmiu obszernych tomów. Całość ważyła jakieś 10 kg, miała 4900 stron i kosztowała 700 złotych, czyli 1/3 pensji. Zaskoczyła mnie informacja, że taka papierowa dokumentacja była tłumaczona na język polski przez jakąś dekadę – od Windows 98 aż do Windows Server 2008. Dziwi mnie to o tyle, że każdy programista którego znam, wolał angielskie pierwowzory tego typu publikacji. Natomiast Microsoft wydał ostatni papierowy Resource Kit do Windows 7 w roku 2009.

Recenzja płyty Sono towarzysząca reportażowi z fabryki

Innym niesamowicie interesującym materiałem jest reportaż z fabryki płyt głównych Sono w Wołowie niedaleko Wrocławia. Przypominam, mówimy o numerze majowym – to nie jest prima aprilis, taka fabryka naprawdę istniała i przez jakieś 2 lata faktycznie produkowała w Polsce płyty główne. Nie będę streszczał tutaj informacji z artykułu, zamiast tego chciałbym polecić Wam kanał twórcy YouTube’owego o pseudonimie Coleslaw. Zrobił on o tej fabryce i marce Sono godzinny materiał, który jest naprawdę wart obejrzenia. Po pierwsze autor dokopał się do masy materiałów, informacji, które nie pojawiają się w artykule w CHIP-ie. A po drugie w komentarzach pod filmem znajdziemy wypowiedzi wielu pracowników tej fabryki. To jest naprawdę dobry towar, warto zajrzeć na ten kanał YouTube’owy i dowiedzieć się jak wyglądały informacje zza kulis fabryki płyt głównych w Polsce.

W tym samym numerze CHIP-a znajdziemy też mój test 5 modemów – i ponownie ten temat przeskakuję, bo w najbliższym czasie planuję numer specjalny podcastu, właśnie o modemach.

Innym artykułem w tym numerze CHIP-a, kierowanym do power userów, była informacja, że system Windows od wersji 98 potrafi korzystać z wielu monitorów naraz, wyświetlać obraz na wielu monitorach i przenosić okienka między nimi. Oczywiście było to możliwe przy użyciu bardzo drogich kart wielomonitorowych, Windows potrafił obsłużyć aż do 9 monitorów. Natomiast w domu każdy mógł sobie zmontować prostą konfigurację z dwoma monitorami, bo do znakomitej większości ówczesnych płyt głównych można było włożyć jedną kartę graficzną na AGP oraz jedną kartę graficzną na PCI, i taka konfiguracja praktycznie zawsze działała.

Pamiętam, że miałem wtedy w domu jeden wielki, jak na owe czasy, 19-calowy monitor. Był ciężki jak słoń, ledwo byłem w stanie go udźwignąć, żeby go przynieść do domu. Więc to był mój główny monitor podłączony do tej lepszej karty graficznej z akceleracją. A oprócz tego miałem jakąś prostą kartę graficzną na PCI, którą podłączyłem do 14-calowego monitora stojącego obok. No i już wtedy, w tamtych czasach, na tym większym monitorze pracowałem, a na mniejszym miałem cały czas podgląd co się dzieje na IRC-u albo na Gadu-Gadu.

W podobnej konfiguracji pracuję zresztą po dziś dzień, tylko że teraz siedzę przed dwoma 27-calowymi monitorami 4K. Jeden główny jest ustawiony poziomo, drugi obok ustawiony pionowo. Przygotowując materiały do podcastu odkryłem, że zdjęcia tekstów z magazynów komputerowych najwygodniej wyświetlić mi właśnie na tym bocznym monitorze, który jest ustawiony pionowo, bo wtedy ani nie muszę takich screenshotów powiększać, ani przewijać – cały format A4 widzę wygodnie bez powiększania.

W innym artykule z tego numeru CHIP-a znajdujemy wrażenia z testów pakietowej transmisji danych w sieci komórkowej. Przypomnijmy, że sieci GSM istniały już wtedy od kilku lat, natomiast jedyną opcją transmisji danych było wykonanie takiego połączenia, jak połączenie głosowe, czyli płaciliśmy za czas, a nie za dane. W tamtych czasach rozmowy w sieciach komórkowych kosztowały bardzo dużo i korzystanie w ten sposób np. z internetu było bardzo drogie. Sieć komórkowa oferowała przepustowość 9600 bps, czyli przy dobrych podmuchach wiatru około kilobajta na sekundę – to pozwalało ściągnąć nie za duże maile. Ale w zasadzie nic innego, stron internetowych przeglądać się tak nie dało.

Artykuł opisuje wrażenia redaktora z testowania transmisji pakietowej, czyli nowego trybu, w którym sieć komórkowa dostarcza dane bez konieczności utrzymywania połączenia, takiego jak przy rozmowie telefonicznej. Okazało się, że działało to wtedy bardzo słabo. Prędkość pobierania w redakcyjnych testach wynosiła od 500 do 2500 bajtów na sekundę, czyli od 0,5 kilobajta do 2,5 kilobajta, natomiast prędkość wysyłania nie przekraczała jednego kilobajta.

Było to dużo wolniej nawet od ówczesnych modemów analogowych. Oczywiście, technologia była sukcesywnie doskonalona, natomiast był jeszcze jeden problem, o którym wtedy się nie pamiętało – wprawdzie płaciliśmy za dane, ale licznik resetował się przy każdym rozłączeniu sesji GPRS. Płaciliśmy jakąś tam – na szczęście niewielką – kwotę za każde rozpoczęte 100 kilobajtów. Jeśli skorzystaliśmy z 5 albo 10 kilobajtów i połączenie nam się zerwało, a potem zostawiło ponownie, to po chwili płaciliśmy za kolejną paczkę, mimo że 90% poprzedniej paczki przepadło.

Pamiętam, że w tych latach, chyba około 2002-2003, korzystałem z wirtualnego operatora mBank Mobile, który miał rozliczanie pakietowe nie za każde 100, tylko za 10 kilobajtów. No i dla aktywnego użytkownika, którym byłem, było to dużo bardziej opłacalne, bo jeśli straciliśmy połączenie w transmisji pakietowej, to wznowienie kosztowało 1/10 tego, co u innych operatorów. Przypomnijmy jeszcze, że operatorów było wtedy trzech: Plus GSM, który jako jedyny zachował swoją markę do dzisiaj, ERA GSM (obecnie T-Mobile), oraz IDEA (obecnie Orange).

Ostatni tekst, o którym chciałbym powiedzieć, opowiada o bankowości elektronicznej. W roku 2001 wiele banków oferowało różne usługi z dostępem przez internet, natomiast była jedna interesująca nowość: mBank, pierwszy bank bez oddziałów fizycznych. Zacytuję tutaj fragment artykułu: „BRE Bank wpadł na genialny pomysł. Zamiast budować kosztowną sieć oddziałów, postanowił wykorzystać możliwości, jakie daje nowa technologia. Otworzył więc dział bankowości elektronicznej, który nie ma nawet jednego okienka bankowego. Wszystkie operacje wykonujemy za pomocą komputera i internetu, telefonu stacjonarnego bądź komórki. Obniżono dzięki temu koszty własne banku. Nie musi on zatrudniać kasjerek, ochrony oddziałów czy płacić za wynajem powierzchni biurowej. W efekcie usługi wirtualnego oddziału BRE, nazywanego mBankiem, są bardzo tanie. Wystarczy wspomnieć, że posiadacze konta osobistego nie płacą tu za przelew czy zlecenie stałe, jak również są zwolnieni z opłat z tytułu obsługi rachunku. Ponadto dostają do rachunku kartę debetową Visa Electron, za którą również nie muszą płacić.

Wydaje mi się, że konto w mBanku założyłem, jeśli nie w pierwszym dniu, to na pewno w pierwszym tygodniu jego działania. I to była jednak nowa jakość. Te usługi, które miałem wtedy w Banku Zachodnim, były dużo niższej jakości i dużo częściej trzeba było pojawiać się w oddziale, żeby coś załatwić. W mBanku okazało się, że wystarczy podpisać umowę, która przychodziła pocztą, a cała reszta działa się przez internet. Dzisiaj jest to normą – ale wtedy taką normą nie było.

PC World Komputer z maja tego roku zawiera przegląd płyt dwuprocesorowych. Przypomnijmy, że był rok 2001 i praca z komputerem, który miał w środku dwa procesory, wymagała instalacji Windows 2000. Ani Windows 98, ani Millennium Edition nie obsługiwały wielu procesorów. Korzyści z takiego setupu nie zawsze były oczywiste – bo praktycznie wszystkie aplikacje były pisane jednowątkowo, więc obecność dwóch procesorów nie była w stanie ich przyspieszyć. Wyraźne korzyści pojawiały się jedynie wtedy, gdy pracowaliśmy równolegle z dwoma lub więcej programami, które wymagały sporo mocy obliczeniowej.

Ja miałem wtedy w domu legendarnego Abita BP6. I tutaj korzyścią z pracy w CHIP-ie było to, że mogłem od kolegi, który zmieniał sprzęt, odkupić tę płytę i dwa starannie wybrane procesory Celeron 333 MHz, które kręciły się bez najmniejszego problemu na 500 MHz. Co oznacza tak naprawdę 1/3 mocy za darmo. To był fajny sprzęt. Moc tych dwóch procesorów w roku 2001 to było naprawdę coś.

Jedyny problem był taki, że wiele sterowników nie rozumiało SMP, czyli symetrycznej wieloprocesorowości. I zdarzało się, że sprzęt, który podłączałem do komputera i sterowniki, które instalowałem, gryzły się z tą konfiguracją. Pamiętam, że kupiłem kiedyś jakąś kartę dźwiękową i gdy podłączyłem ją i zainstalowałem sterowniki, blue screen wylatywał 2-3 razy dziennie. I za każdym razem na tym blue screenie była informacja, że wywalił się właśnie ten sterownik na obsłudze przerwań, bo był skompilowany w taki sposób, że nie rozumiał, że przerwanie może być obsłużone raz przez jeden, raz przez drugi procesor. No, tę kartę musiałem oddać, bo nie byłem w stanie z niej korzystać. Na szczęście druga, troszkę droższa, okazała się dużo lepsza pod tym względem.

Silicon Film EFS-1

W magazynie Enter znajdujemy kilka dziwnych, nietypowych gadżetów sprzętowych. W tym moduł do przerabiania klasycznej lustrzanki na cyfraka. I działało to w ten sposób, że w miejsce rolki na film wkładaliśmy taki moduł elektroniczny, do którego przymocowana była płaska płytka z matrycą CCD. Ta matryca sytuowała się dokładnie tam, gdzie przewijałaby się błona światłoczuła. Dzięki temu teoretycznie dało się przerobić wybrane modele lustrzanki na aparat cyfrowy, co wydawało się całkiem niezłym pomysłem, bo skoro mamy już drogi aparat z zestawem akcesoriów, fajnie byłoby móc skorzystać z dobrodziejstw fotografii cyfrowej bez dodatkowych inwestycji.

Natomiast po krótkim zastanowieniu się można dojść do wniosku, że to nie mogło działać dobrze. Po pierwsze, ten sprzęt był niesamowicie delikatny. Gdy matrycę CCD mieliśmy wyeksponowaną tak, że można było ją przypadkowo dotknąć, albo czymś trącić, albo zwyczajnie zabrudzić, to było wiadomo, że trwałość takiego sprzętu może być problemem. Po drugie, nie byliśmy w stanie kontrolować parametrów tego zdjęcia cyfrowego. Nadal cała kontrola ekspozycji była w pełni analogowa. Jedyne, co ta matryca zintegrowana z modułem elektronicznym mogła robić, to rejestrować kolejne zdjęcia.

Tyle tylko, że sam aparat mógł mieć z tym problemy, bo w wielu modelach mechanizmy zależały od przesuwu perforacji. Na przykład aparat wiedział, że można zrobić kolejne zdjęcie, gdy naciągnięto sprężyną film, czyli przesunięto kolejną klatkę. Ale jeśli przy tym naciąganiu nie kręciła się zębatka napędzana perforacją filmu, to aparat mógł uznać, że albo film się skończył, albo urwał i zrobienie kolejnego zdjęcia jest niemożliwe. Oprócz tego taki moduł cyfrowy miał pojemność raptem 24 zdjęć, czyli mniej niż zwykły film 36-klatkowy. Więc tego typu urządzenia pozostały ciekawostką, no i nie przyjęły się, nie miało to szans.

Ten sam numer Entera wspomina, że od początku roku 2001 polskie dowody osobiste mają postać poliwęglanowej karty, a nie książeczki, jak poprzednio. Artykuł wspominał, że każdy może wymienić sobie dowód na nowy, nawet jeśli nie upłynęła jeszcze ważność książeczki, którą miał wcześniej i opisywał część zabezpieczeń chroniących nowe dowody osobiste przed sfałszowaniem.

Maj 2006

Skoro w roku 1996 PC World Komputer świętował dziesięciolecie, to w roku 2006 była to już dwudziesta rocznica istnienia pisma, z dumą ogłaszana na podwójnej lakierowanej okładce.

Z ciekawostek – we wstępniaku pojawiła się informacja o zmianie redaktora naczelnego z Lecha Zdanowicza na jego syna, Macieja Zdanowicza. Takie pokoleniowe przekazanie pałeczki, jest na stanowisku redaktora naczelnego, jest dość rzadkie, a z Wikipedii wiemy, że kolejna zmiana miała miejsce już w 2007 roku, przyczyny nie znam. Sam magazyn doczekał się też dekadę później trzydziestej rocznicy istnienia, a przestał się ukazywać dopiero w roku 2018.

W tym numerze znajdujemy artykuł o firewallu, który pojawił się w systemie Windows XP wraz z drugim Service Packiem. Artykuł jest skierowany do power userów i informuje ich, że jeśli na swoim Windowsie XP wystawiali do świata jakieś usługi, to po zainstalowaniu drugiego Service Packa konieczne będzie skonfigurowanie wyjątków na firewallu, tak aby komunikacja przychodząca mogła się udać.

W CHIP-ie odnajdujemy tekst o podszywaniu się pod autorów wiadomości SMS-owych: „Minister MSWiA Ludwik Dorn oraz premier RP Kazimierz Marcinkiewicz otrzymywali rzekomo od siebie wiadomości SMS. Tak naprawdę żaden z nich wiadomości nie wysyłał. Robił to dziennikarz. Przeprowadziliśmy podobne testy, jednak już tylko między kilkoma redaktorami. To wszystko prawda. Za pomocą SMS-a można się podszyć pod dowolny numer telefonu. W jaki sposób? Musimy zgłębić tajemnice budowy systemu GSM.

W dalszej części artykułu autor opisuje, że sieci GSM z całego świata ufają sobie i te informacje, które przychodzą od operatorów z całego świata, są traktowane jako wiarygodne. Przynajmniej wtedy były w pełni akceptowane. Efekt uboczny był taki, że jeśli mieliśmy jakiegoś szemranego operatora po drugiej stronie świata i ten szemrany operator pozwalał za pomocą bramki SMS-owej obsługiwanej przez internet wysyłać rzekome wiadomości, (rzekome w tym sensie, że zawierały dowolny numer telefonu nadawcy i dowolny numer telefonu odbiorcy), to polskie sieci GSM dostarczały takie wiadomości nawet, jeśli oba numery były zalogowane lokalnie w Polsce u tego operatora.

Trochę się od tamtego czasu zmieniło, ale nawet dzisiaj, w roku 2026 podszywki telefoniczne, czy SMS-owe, czy fałszywe alarmy – to nadal jest problemem. I jak zawsze opozycja oskarża władzę o bezczynność i lekceważenie problemu, chociaż w tygodniu, w którym nagrywam ten podcast, służby ujęły kolejne cztery osoby wywołujące alarmy kaskadowe. Tak więc ten problem istniał od dawna, przebijał się do świadomości społecznej stopniowo i tak naprawdę dopiero wtedy, kiedy problem dotyka polityków najwyższego szczebla, pojawia się wola polityczna, żeby cokolwiek z tym zrobić.

W tym samym numerze CHIP-a pojawia się test dwóch laptopów będących de facto gadżetami reklamowo-marketingowymi. Były to krwiście czerwony Acer Ferrari oraz kanarkowo żółty Asus Lamborghini. Nie podaję symboli ani wyposażenia tych laptopów, bo nie o to tu chodziło. Takie modele sprzedawały się w śladowych ilościach, natomiast współprace, w których firmy wykorzystywały loga znanych marek z zupełnie innego obszaru, służyły tylko do tego, by zainteresować prasę, by wyprodukować materiały marketingowe. No i to się udało. To znaczy te komputery wyglądały ładnie, miały marki znanych producentów samochodów sportowych, więc kto chciał, mógł się pofleksować takim laptopem, jeśli było go oczywiście stać. Natomiast w środku były to całkowicie normalne, całkowicie przeciętne laptopy, które bez ładnego logo można było kupić dużo taniej.

Ostatnim artykułem z CHIP-a, który zwrócił moją uwagę, był tekst o wypalaniu grafik na płytach CD i DVD za pomocą nagrywarki. Pamiętajmy, że w roku 2006 wszystko w temacie nagrywania zostało już wymyślone. Wszystkie nagrywarki, wszystkich producentów nagrywały wszystkie standardy krążków z dużą prędkością i to po prostu zawsze wszystkim działało. Więc producenci zaczęli wymyślać funkcje, które bardziej przydawały się im w marketingu, niż potem użytkownikom w prawdziwym życiu.

LightScribe (strona z etykietą) i LabelFlash (strona z danymi)

Technologia LabelFlash pozwalała na wypalanie obrazka na niezapisanej części płyty. Jeśli mieliśmy zestaw danych, który nie wypełniał całego krążka, a nagrywanie danych zaczynało się od osi, od środka płyty – to na tym obrzeżu, które było niewykorzystane, nagrywarka mogła wypalić jakiś obrazek. Był on średnio widoczny. Trzeba było wiedzieć, że coś tam jest, wpatrzyć się, pokołysać tą płytą tak, żeby odbiła światło w odpowiedni sposób i wtedy mogliśmy zobaczyć, co jest tam faktycznie wyrysowane. Były też płyty z niebieskim barwnikiem, na których było to widoczne nieco lepiej – ale nadal trzeba było wpatrywać się, by zauważyć szczegóły.

Z kolei technologia LightScribe pozwalała wypalać grafiki na etykiecie. Druga strona płyty była pokryta matową substancją światłoczułą, reagującą na promień lasera. Można było stworzyć obrazek, który wychodził spod lasera brązowy. Substancja na nośniku była taka troszkę żółtawa, po wypalaniu obraz wychodził się bardziej brązowy niż czarny, no ale coś tam wychodziło (oczywiście, aby wypalić etykietę trzeba było obrócić płytę na drugą stronę). Można było wyprodukować w ten sposób monochromatyczny obrazek.

Istniały też drukarki atramentowe, w których specjalna kieszonka na płytę przesuwała się pod głowicą bez zginania. A ci użytkownicy, którzy chcieli przygotować etykietkę na płytę naprawdę tanio, mieli opcję nadrukowania papierowej etykiety na arkuszu samoprzylepnym, który potem wystarczyło nakleić na krążku.


To już wszystko w odcinku majowym, który znowu nagrywam na sam koniec miesiąca, ale w czerwcu mam mniej wyjazdów i wystąpień, więc mam nadzieję, że uda mi się nagrać odcinek nieco szybciej. Proszę o subskrypcję newslettera Informatyka Zakładowego jeśli ktoś jeszcze tego nie zrobi i do usłyszenia w kolejnym odcinku.

Retro-podcast Informatyka Zakładowego dostępny jest na wszystkich popularnych platformach podcastowych: Spotify, Apple Podcast, Dezeer, Pocket Casts, oraz na YouTube i jako RSS Feed. Powiadomienia o nowych odcinkach trafiają na Newsletter, zapraszam do subskrypcji (jeden mail na kilka tygodni i zero spamu!)
Uwaga edytorska: na tej stronie znajdziesz transkrypcję całego odcinka podcastu, zapis tekstowy został nieznacznie zmodyfikowany aby lepiej się go czytało.


.

O autorze: zawodowy programista od 2003 roku, pasjonat bezpieczeństwa informatycznego. Rozwijał systemy finansowe dla NBP, tworzył i weryfikował zabezpieczenia bankowych aplikacji mobilnych, brał udział w pracach nad grą Angry Birds i wyszukiwarką internetową Microsoft Bing.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *