Dzień dobry! Tu Tomek Zieliński, a wy słuchacie Retro-podcastu Informatyka Zakładowego. I to jest nazwa, która z nami zostanie. Przyznaję się tutaj do twórczej porażki – mimo wielu prób nie udało mi się wymyślić żadnej ciekawszej nazwy dla tego podcastu. Nie siadła mi też żadna propozycja przysłana przez czytelników. Parę pomysłów, zarówno moich jak i waszych, było niezłych – ale te, które podobały mi się najbardziej, były jednocześnie tak hermetyczne, że może 1% słuchaczy zrozumiałby je bez tłumaczenia. A z każdorazowym tłumaczeniem, o co chodzi w nazwie, to już nie byłoby ani fajne, ani śmieszne.
Retro-podcast Informatyka Zakładowego dostępny jest na wszystkich popularnych platformach podcastowych: Spotify, Apple Podcast, Dezeer, Pocket Casts, oraz na YouTube i jako RSS Feed. Powiadomienia o nowych odcinkach trafiają na Newsletter, zapraszam do subskrypcji (jeden mail na kilka tygodni i zero spamu!)
Uwaga edytorska: na tej stronie znajdziesz transkrypcję całego odcinka podcastu, zapis tekstowy został nieznacznie zmodyfikowany aby lepiej się go czytało.
Ubolewam, że nazwa Podcastex jest zajęta, bo to jest super nazwa dla podcastu. Pozdrawiam chłopaków robiących już chyba piąty sezon, jest wyśmienity! Jeśli nie znacie Podcastexu, koniecznie się zainteresujcie. No ale ta nazwa już istnieje.
W tej samej estetyce mógłbym użyć ewentualnie nazwy PPHU Europodcast 2000 Import, Eksport, Handel, Produkcja, Usługi i ta nazwa ma swój rym i rytm. Ma nawet pewien urok, ale jest jednak troszkę za długa. W desperacji posunąłem się nawet do tego, aby generować tytuły czatem GPT no i to było dużo gorsze. Nie było tam nic dowcipnego, nic inteligentnego, jak to w LLM-ach.
Czy brak lepszego tytułu to porażka? Być może. Na pewno w księgarniach nie widujemy powieści Remigiusza Mroza pod tytułem „Książka Remigiusza Mroza”. Ale z drugiej strony zespół Queen debiutował płytą „Queen”. Tak samo Grupa Metallica i album „Metallica”. Tak samo Led Zeppelin, The Doors… Może więc taka nazwa podcastu będzie w porządku? Będzie wystarczająca?
Tak czy owak – mamy Retro-podcast Informatyka Zakładowego. Osią tego podcastu nadal będzie lektura starych gazet komputerowych, ale już teraz widzę, że niektóre tematy zasługują na osobny odcinek specjalny. Wraz z następnym wydaniem pojawi się możliwość wstawienia podcastu do waszego ulubionego oprogramowania podcastowego. Nie zdążyłem tego zrobić teraz, bo – autopromocja – byłem zajęty tworzeniem nowych rozdziałów do tegorocznej edycji Szkolenia z automatyzacji pobierania danych z internetu. Sprzedaż edycji 2026 startuje w czwartek 7 maja i potrwa do piątku 15 maja. Wszystkie informacje na temat szkolenia znajdziecie na stronie www.scrapowanie.pl
Jeśli jesteście zainteresowani szkoleniem, ale słuchacie tego odcinka po 15 maja, to po zapisaniu na newsletter nie przegapicie informacji o kolejnych edycjach.
Jeden ze słuchaczy zaproponował, aby kolejne lata, przez które przechodzimy, były oddzielone od siebie jakimś dżinglem. To dobry pomysł, a przynajmniej wart wypróbowania. Spróbujmy więc.
Kwiecień 1996
W kwietniowym CHIP-ie moją uwagę przykuł artykuł „Siedmiu wspaniałych” – przegląd bardzo drogich stacji roboczych kierowanych na rynek profesjonalny. Wiadomo, że jeśli ktoś pracuje zawodowo na oprogramowaniu wymagającym wypasionego peceta, to im lepsze komponenty włożymy do środka, tym wygodniejsza i bardziej efektywna będzie wykonywana praca. Opisywane komputery wyposażono w zestaw topowych komponentów z procesorami Pentium Pro na czele. Były to jednostki traktowane zegarem 150-200 MHz.
Wewnątrz znalazły się też bardzo dobre karty graficzne, dużo RAM-u, napędy dyskowe i optyczne podpięte do kontrolera SCSI, słowem – wszystko co najlepsze. Jest tylko jeden problem. Topowe komponenty skutkowały zaporową ceną. Przypomnijmy, w roku 1996 przeciętna roczna pensja wynosiła około 10.000 zł. Opisywane komputery kosztowały od 17.000 do 37.000 zł, a dwuprocesorowa bestia aż 56.000 zł. Pomińmy fakt, że wówczas bardzo nieliczne programy potrafiły rozłożyć obliczenia na dwa procesory. Ważniejsze, że wydanie w roku 1996 pięcioletniego średniego wynagrodzenia na stację roboczą nie miało sensu – tak szybko rozwijały się wtedy procesory.
Ulepszenia w nich szły wielotorowo. Po pierwsze, coraz szybsze zegary, ale także coraz większe rozmiary pamięci cache, przetwarzanie wielopotokowe, nowe zestawy instrukcji. Dość powiedzieć, że w roku 1999, 3 lata później, Pentium III były 3-5 razy bardziej wydajne od Pentium Pro 150, zaś 6 lat później, czyli w roku 2003, zwykłe konsumenckie Athlony osiągały 10-krotnie taką wydajność. W roku 2006 na rynek konsumencki trafiły procesory wielordzeniowe, ale to już inna historia.
Kwietniowy PC World Komputer. We wstępniaku redaktor naczelny Krzysztof Madej pisze o prywatności. Tutaj będzie dłuższy cytat: „Banki danych o obywatelach prowadzą już nie tylko administracja państwowa i policja, ale również firmy ubezpieczeniowe, banki, a nawet firmy prywatne. Komputer stał się wszechobecny i wszędobylski. Możliwe jest zbieranie informacji z nieskończoną precyzją. Przeszkody i bariery, takie jak odległość, czas, ściany i okna, stanowiące kiedyś gwarancję intymności, wolności i indywidualności już nie istnieją. Realne zagrożenie prywatności wraz z upowszechnieniem komputerów rośnie z dnia na dzień, a ustawa o ochronie danych osobowych jest dalej w stanie projektu. Obserwuję to z rosnącym niepokojem. Tym bardziej, że w swej zbiorowości tego zagrożenia nie widzimy. Wypełniamy tysiące ankiet i konkursów. Mamieni wygraną zegarka, pralki czy nawet samochodu, podając mnóstwo danych o sobie. Obciążeni realnym socjalizmem – dyskutować i przeciwstawiać się nie wolno – wypełniamy podsuwane w firmach i urzędach kwestionariusze, nie zastanawiając się, czy podawane informacje mają jakikolwiek związek z załatwianą przez nas sprawą.”
Tyle cytat. Można odnieść nieodparte wrażenie, że pan Madej był prorokiem, którego w roku 1996 nikt nie mógł zrozumieć. Przypomnijmy, że nie istniały wtedy w kraju żadne cyfrowe usługi publiczne. Jeśli jakaś instytucja była w awangardzie technologicznej, co oznaczało, że zatrudniała jakiegoś zajawkowicza rozumiejącego internet, to w najlepszym razie taka instytucja miała stronę www z aktualnymi terminami urzędowania i formularzami do ściągnięcia, wydrukowania i wypełnienia w domu zamiast w urzędzie. mBank, czyli pierwszy w pełni internetowy bank w Polsce, wystartował w roku 2000, czyli 4 lata później. Nie było sieci społecznościowych, które w przyszłości miały okazać się największym problemem prywatności. No a mimo to ten wstępniak poprawnie identyfikuje problemy, z którymi mieliśmy się dopiero zetknąć.
Autor wstępniaka miał słuszne obawy, ale nie mógł przewidzieć skali przyszłych nadużyć. Kilkanaście lat później potencjał drzemiący w eksploatacji cyfrowych śladów w sieci udowodniła firma Cambridge Analytica, która pomogła w Ameryce wygrać prezydenturę Donaldowi Trumpowi. Dzięki danym wyciągniętym z Facebooka firma ta mogła sklasyfikować preferencje polityczne, demografię, zainteresowania dziesiątek milionów osób i kierować do nich zindywidualizowany przekaz. Każda z tych milionów osób była przypisywana do jednej z kilkuset kategorii. Zwolennicy Trumpa byli zachęcani do udziału w głosowaniu za pomocą argumentów dobranych do wieku, wyznania czy statusu społecznego, a przeciwnicy polityczni byli zniechęcani do udziału w wyborach, na przykład poprzez sprofilowane reklamy wytykające wady rywala, przy czym przekaz taki był dostarczany w dziesiątkach i setkach wariantów.
Dziś jest niewiele lepiej. Świadomość problemu jest większa, a platformy nie pozwalają targetować reklam tak precyzyjnie do konkretnych osób albo bardzo małych grup lub społeczności, natomiast nadal oferują dostarczanie reklam grupom społecznym w sposób, którego nie dało się osiągnąć w prasie lub telewizji. Możliwość docierania z przekazem do kobiety w ciąży może być ryzykowna, ale – na przykład – do nastolatków z depresją będzie zwyczajnie niebezpieczna.
W Bajtku z kwietnia 96 nie znalazłem niczego szczególnie interesującego, ale zdziwiłem się, że aż 12 stron czasopisma redakcja przeznaczyła na publikację nagrodzonych opowiadań z konkursu na opowiadanie science fiction. I tu ciekawostka. Zwycięzcą został Michał Zalewski z Warszawy. Wygrał peceta 486 DX. To ten sam Michał, który znany był później pod pseudonimem lcamtuf, legenda cybersecurity, autor fuzzera AFL, kilku książek oraz laureat Pwnie Award za całokształt życiowych dokonań.
Kwiecień 2001
W kwietniowym numerze CHIP-a z tego roku znalazłem mój test 6 modemów. Powiem może skąd wziąłem się w redakcji CHIP-a. Wszystko zaczęło się kilka lat wcześniej, gdy czytywałem regularnie dodatek o komputerach do gazety Słowo Polskie. I drażniło mnie, że w tym dodatku sporo artykułów jest napisanych niefachowo i z błędami. Za którymś razem, gdy się zirytowałem jakąś kolejną niedoskonałością czy błędną informacją, skontaktowałem się mailem z redaktorem prowadzącym ten dodatek i napisałem, że nawet ja potrafiłbym pisać lepsze i bardziej merytoryczne artykuły. No a on odpowiedział, że skoro umiem, to żebym zaczął.
I tak właśnie zacząłem robić, tzn. będąc w klasie maturalnej zacząłem pisywać do lokalnego dodatku o komputerach i publikowano te teksty tak naprawdę z bardzo nieznacznymi zmianami. Wierszówka za to była mikra, musiałem w te teksty włożyć sporo pracy, a płacono od linijki tekstu standardowe stawki redakcyjne jak za każdy inny tekst publikowany w gazecie. No ale zarabiałem na pisaniu. To samo w sobie było przyjemne. Mogłem pochwalić się kolegom, koleżankom, że moje teksty są publikowane w gazecie. I było fajnie.
Jakiś czas później znalazłem w CHIP-ie informację, że redakcja, która znajduje się we Wrocławiu, szuka współpracowników do CHIP-Labu. Czyli osób, które będą dorywczo przychodzić i testować sprzęt według procedur testowych, które były opracowane przez redaktorów pracujących w tym dziale. Praca wydaje mi się ciekawa. Zgłosiłem się tam, a ponieważ miałem już za sobą publikacje branżowe w dodatku o komputerach, nie musiałem pisać żadnego artykułu testowego.
Zamiast tego przyjęto mnie od razu i dostałem do testowania swój pierwszy sprzęt. Gdy przetestowałem to urządzenie, napisałem artykuł, oddałem redaktorowi prowadzącemu, to jakąś godzinę później dostałem najbardziej pokreślony tekst na moim życiu. Na tym wydruku spod czerwonych znaczków korekty i uwag merytorycznych prawie nie było widać tekstu, który był na tej kartce wydrukowany! Bardzo mnie to wkurzyło, bo byłem przyzwyczajony do tego, że moje teksty są na tyle dobre, że gazeta publikuje je praktycznie bez zmian.
Tutaj redaktor prowadzący, czyli Tomek Czarnecki pokreślił mi WSZYSTKO. Tak naprawdę musiałem cały ten artykuł napisać od nowa i złość przeszła mi, gdy okazało się, że ten napisany od nowa artykuł, który uwzględniał wszystkie uwagi jest dużo lepszy. Ok, druga wersja artykułu nadal została mocno pokreślona, ale już nie tak. No i po trzeciej rundzie poprawek trafiła do druku i jakieś dwa miesiące później po raz pierwszy zobaczyłem swoje nazwisko w drukowanym CHIP-ie.
Z CHIP-Labem współpracowałem kilka lat. Była to dla studenta bardzo fajna praca. Gdy miałem więcej czasu, bywałem w redakcji częściej, gdy zbliżała się sesja, pracowałem mniej. Jeśli mogę pomyśleć o jakichś minusach to chyba tylko takich, że cykl wydawniczy trwał kilka miesięcy i gdy napisałem jakiś tekst w styczniu a on trafiał do numeru marcowego to tak naprawdę pieniądze pojawiały się dopiero w kwietniu. Na przełomie lat 90-tych i zerowych CHIP-Lab był bardzo interesującym miejscem zwłaszcza dla takiego fana nowych technologii jak ja. Przypominam, że premiery sprzętu miały wtedy miejsce na łamach prasy komputerowej co przy miesięcznym lub dwumiesięcznym cyklu wydawniczym oznaczało, że producenci musieli dostarczyć nam egzemplarze recenzenckie kilka tygodni przed wprowadzeniem sprzętu na rynek.
To oznaczało, że mogliśmy bawić się tym, czego nie dość, że nie było jeszcze w sklepach, to nie widzieli tego nawet redaktorzy serwisów internetowych (których tak naprawdę było wtedy bardzo niewiele, przypominam sobie takie nazwy jak tomshardware, benchmark.pl).
Wracając do wspomnianego testu sześciu modemów – nie będę go teraz omawiał. Zdałem sobie sprawę, że modemy to temat szeroki, głęboki i mogę o nich mówić dużo i długo dlatego jest to bardzo dobry temat na odcinek specjalny podcastu Informatyka Zakładowego. Nie wstrzymujcie oddechu, realizacja może zająć kilka tygodni, ale jest to temat, który na pewno prędzej czy później się pojawi.
We wstępniaku do numeru kwietniowego znajdziemy list otwarty redaktora naczelnego Piotra Kubiszewskiego do prezesa Telekomunikacji Polskiej SA w sprawie wysokich kosztów dostępu do internetu. Przypomnijmy, że dostęp wdzwaniany poprzez numer 0-20-21-22 był w telekomunikacji polskiej dostępny już od roku 1996. Nowością na skalę europejską jest to, że korzystanie z takiego numeru dostępowego nie wymagało żadnej osobnej umowy. Mogli z tego numeru korzystać na normalnych zasadach wszyscy abonenci.
My jednak mówimy o roku 2001, w którym TPSA nadal utrzymywała de facto monopol na usługi telekomunikacyjne. Brakowało silnego regulatora rynku. Konkurencyjne sieci telekomunikacyjne, nawet jeśli z dużym trudem powstawały, to musiały – odpłatnie – korzystać ze studzienek TPSA, wpinać się – odpłatnie – do infrastruktury tego operatora. Słowem, TPSA miała pozycję monopolistyczną i korzystała ze wszystkich przewag z tego płynących. Między innymi utrzymywała wysokie ceny połączeń.
Lokalna rozmowa w obrębie tej samej strefy numeracyjnej była taktowana co 3 minuty, po 22:00 co 6 minut. Nie było to aż tak straszne, gdy używaliśmy telefonu do rozmawiania ze znajomymi – kilka lub kilkanaście minut rozmowy co kilka dni nie było jeszcze tak drogie. Ale w internecie fajnie było siedzieć nieco dłużej. Siedzenie w internecie przez godzinę dziennie kosztowało kilkanaście procent średniej pensji. Gdybyśmy chcieli spędzić online 4 godziny dziennie, oznaczało to już połowę średniej pensji, a takie koszty były absolutnie zaporowe dla znakomitej większości społeczeństwa.
W liście otwartym Piotr Kubiszewski postuluje wprowadzenie taryf internetowych z ryczałtowym rozliczaniem co najmniej kilkudziesięciu godzin internetu miesięcznie. TPSA prowadziła już wówczas pilotaż usługi SDI (Szybki Dostęp do Internetu). Było to stałe łącze w technologii DSL, pozwalające jednocześnie rozmawiać przez telefon i korzystać z internetu, zaś opłata nie zależała od czasu spędzanego w sieci. SDI wystartowało jako komercyjna usługa we wrześniu 2001 i była droga, co zaowocowało szybkim rozwojem sieci osiedlowych. Z jednego SDI korzystało wówczas kilka lub kilkanaście osób.
Ja miałem szczęście, bo swoją działalność w Wrocławiu rozpoczynała wtedy Telefonia Dialog, oferująca w jednym z abonamentów nielimitowany dostęp do internetu w standardzie ISDN, czyli cyfrowym, 128 kbitów na sekundę. Było to łącze nie tylko trzy razy szybsze od dostępu wdzwanianego modemem, ale także dużo stabilniejsze od połączeń modemowych. Koszty dzieliłem z dwoma innymi kolegami, nasz linuksowy serwer udostępniający połączenie stał w piwnicy kolegi.
Inny artykuł z tego numeru opisuje programy do fakturowania i prowadzenia małej firmy. Nagrywam te słowa kilka tygodni po wprowadzeniu systemu KSEF, w którym wszyscy przedsiębiorcy przekazują faktury do scentralizowanego systemu Ministerstwa Finansów. Tymczasem w tekście autor artykułu tłumaczy, dlaczego drukowanie faktur przy użyciu komputera jest wygodniejsze od wypisywania ich ręcznie. Artykuł wymienia kilkanaście różnych produktów, spośród których część rozpoznajemy do dzisiaj, np. CDN Optima, Subiekt albo Hermes.
Są nazwy, których nie sposób już dzisiaj znaleźć, np. Czarodziej Faktur, Faktor 2000 lub Fakturzysta. Nie sposób nie spostrzec też, że niektóre marki odróżniały się od siebie zbyt słabo, bo mamy do czynienia z takimi programami jak Fakt, Factor, Faktura Pro, Faktury oraz Faktury 98. Ciężko byłoby z takimi nazwami wyróżnić się w internecie. Autorzy Subiekta czy Hermesa mieli na to wyraźnie lepszy pomysł.
W kolejnym tekście czytamy, czym był i jak działał Usenet. Przywołało to wiele wspomnień. Może uznać go za pretekst do nagrania odcinka specjalnego podcastu? O starej dobrej sieci, o netykiecie, o tym, jak polski internet wyglądał przed rokiem 96? O tym, jak zalała go horda barbarzyńców korzystających z numeru 0202122? Bo wiecie, pejoratywne określenie „dzieci Neostrady” nie wzięło się znikąd. Odcinek specjalny o modemach pojawi się na pewno, ale o dziewiczym polskim internecie – jeszcze nie wiem. Poproszę o komentarze mailem albo na YouTube, albo pod transkrypcją tego odcinka na blogu Informatyk Zakładowy, gdy taka transkrypcja się pojawi. Z góry dziękuję.
PC World Komputer, numer kwietniowy. Czytamy w nim opis logowania biometrycznego w laptopach Acer i Compaq, bo w dwóch modelach pojawiła się nowość, czyli czytniki linii papilarnych. Pamiętajmy, że były to początki tej technologii, mające zwiększać raczej wygodę niż bezpieczeństwo, ale chyba nie spełniały swojej roli. Według autora owa pierwsza generacja czytników wymagała precyzyjnego, powtarzalnego układania palca, inaczej odcisk linii papilarnych nie był rozpoznawany.
Jeśli chodzi o bezpieczeństwo, to BitLocker i inne rozwiązania szyfrowania pełnodyskowego spopularyzowały się wiele lat później. W 2001 roku można było po prostu przełożyć dysk do innej maszyny i odczytać z niego dane. Współcześnie mamy mechanizm Windows Hello, który pozwala administratorom na wymuszenie biometrii jako drugiego składnika logowania, czyli tego, którym w środowiskach biznesowych w przeszłości była zazwyczaj karta chipowa. W połączeniu z BitLockerem taki mechanizm chroni przed scenariuszem, w którym ktoś podejrzy hasło użytkownika i ukradnie mu laptopa.
W tym numerze znajdziemy też test porównawczy drukarek laserowych i to jest taki rodzaj artykułu, który najbardziej ceniłem sobie w starej prasie komputerowej. To znaczy nie tylko przeczytamy rezultaty testu kilkunastu modeli drukarek, ale przeczytamy też ponad dwie strony opisu technologii, który to opis szczegółowo objaśnia jak działa drukarka laserowa, jak ewoluowały mechanizmy tam używane i dlaczego drukarka laserowa dostarcza tak dobry stosunek jakości do ceny.
W teście dysków twardych zwróciłem uwagę na producentów testowanych modeli: IBM, Fujitsu, Maxtor, Quantum. Te marki dysków już nie istnieją. Były też urządzenia istniejących do dziś producentów, czyli Seagate i Western Digitala. Trzeci i ostatni istniejący dziś producent to Toshiba, która nie mogła pojawić się w testach w roku 2001 – przejęła produkcję dysków od Fujitsu dopiero w roku 2009. Czytając ten tekst możemy docenić nieprawdopodobny rozwój technologii. Testowane są dyski o rozmiarach od 20 do 80 GB, a ćwierć wieku później mamy dyski 1000 razy większe, do 32 TB, w takiej samej obudowie na takiej samej lub mniejszej liczbie talerzy.
Większość testowanych dysków korzystała z interfejsu UltraDMA66 zwanego też UltraATA66 oferującego, jak nazwa wskazuje, transfer do 66 MB na sekundę. Dzisiaj dyski talerzowe osiągają zapis i odczyt do 300 MB na sekundę. Nie wszyscy pamiętają też, że dyski z interfejsem ATA podłączało się do płyty głównej 80-żyłową wstęgą utrudniającą upakowanie kabli i efektywne chłodzenie wewnątrz obudowy. W tekście wspomniane są też nieistniejące dzisiaj zestawy pudełkowe HDD z instrukcjami, kablem, zestawem śrubek, czasem nawet oprogramowaniem do migracji. To wszystko jest już przeszłością, dziś dostajemy tylko dysk w torebce antystatycznej i bąbelkowej koszulce ochronnej.
W tekście o chłodzeniu PC-tów napotkałem dawno niesłyszaną nazwę – ogniwo Peltiera. Była to płytka półprzewodnikowa grubości kilku milimetrów, w której po podłączeniu do prądu zachodził efekt Peltiera, czyli transfer ciepła z jednej strony płytki na drugą. Hobbyści stosowali moduły Peltiera do dodatkowego chłodzenia podkręconych procesorów, gdzie różnica kilku stopni mogła zrobić kluczową różnicę. Problem stanowiła nieefektywność takiego rozwiązania, które mogło nawet podwoić energię do odprowadzenia i rozproszenia.
Jeśli procesor wydzielał np. 100 W ciepła i chłodziliśmy go ogniwem Peltiera, to po drugiej stronie ogniwa mieliśmy do odprowadzenia i rozproszenia 200 W. Problemem była też kondensacja wilgoci po zimnej stronie, a we współczesnych procesorach pobór energii – a więc i wydzielanie ciepła – bardzo mocno i bardzo szybko się zmienia, ogniwa Peltiera nie są w stanie dostatecznie szybko na to zareagować. Z tego powodu stosuje się raczej ciepłowody i większe i cięższe radiatory niż takie akcesoria jak ogniwo Peltiera wstawione między procesor a radiator.
W magazynie Enter z kwietnia 2001 znajdujemy test porównawczy kilkunastu przenośnych odtwarzaczy MP3, które bardzo szybko zdobywały rynek, bo nie miały wad swoich poprzedników, którymi były walkmany i discmany (walkman to niby produkt firmy Sony, ale na podobieństwo adidasów jako klasy obuwia nazywaliśmy „walkmanami” wszystkie przenośne odtwarzacze kaset). Więc walkmany to dość niska jakość dźwięku odtwarzanego z kasety i ograniczony czas pracy, bo baterie musiały napędzać silnik elektryczny. Zazwyczaj na dwóch paluszkach mogliśmy z walkmana słuchać muzyki przez 4-5 godzin. Discman – tak samo. W środku nadal był silnik elektryczny i na dodatek delikatny układ optyczny. Ciężko było na przykład uprawiać z nim sport zarówno z powodu delikatności mechanizmu jak i rozmiarów samego urządzenia, które musiało pomieścić w środku dwunastocentymetrową płytę CD.
Odtwarzacze MP3 wygrywały w kilku kategoriach: małe rozmiary, niski pobór energii, niewrażliwość na wstrząsy. Problemem była tylko niewielka przestrzeń na pliki – wówczas 32 lub 64 MB, co w praktyce oznaczało około godziny zapisu plików MP3. Alternatywnie mogliśmy przekodować je na niższy bitrate, co oznaczało nieco gorszą jakość ale zaryzykuję stwierdzenie, że ta jakość nadal byłaby lepsza niż walkman. Odtwarzacze MP3 były lekkie, małe, wygodne. Czasem miały pilota na kabelku słuchawkowym, często miały wbudowane radio. Były zasilane zazwyczaj z jednego małego paluszka AAA i pracowały na nim 10 godzin lub więcej. Były jednak w 2001 roku drogie.
Ceny większości testowanych modeli przekraczały 1000 zł, czyli pół średniej pensji. W tym tekście nie pojawia się legendarny iPod firmy Apple, bo premiera pierwszego iPoda miała miejsce dopiero pół roku później, pod koniec 2001 roku. Dodajmy, że iPod miał wewnątrz 5GB dysk twardy, a reklamowano go hasłem „1000 piosenek w twojej kieszeni”. Spotykało się też hybrydy discmana i MP3, czyli urządzenia, które czytały pliki dźwiękowe MP3 z płyty CD-R. I to miało paradoksalnie sens, bo dzięki buforowaniu danych w pamięci RAM płyta CD kręciła się przez krótką chwilę, na przykład raz na kwadrans.
Kwiecień 2006
Zaglądam do kwietniowego numeru Entera i także tu, po równo 5 latach, znalazł się test odtwarzaczy MP3. Tym razem były to odtwarzacze multimedialne z dyskiem twardym oraz kolorowym ekranikiem. Wśród urządzeń był iPod piątej generacji – nadal z charakterystycznym kółkiem, ale już z kolorowym podświetlanym ekranem. Ceny takich urządzeń oscylowały wokół 1200 zł, a więc biorąc pod uwagę wzrost zarobków – było dużo taniej niż 5 lat wcześniej.

Autor Stahlkocher – CC BY-SA 3.0
Muzyka grała oczywiście tak samo dobrze, ale co dało się tam oglądać? Niezbyt wiele, zarówno z powodu małego rozmiaru, jak i niewielkiej rozdzielczości ekraników. Może teledyski, może seriale, jeśli warstwa wideo nie była zbyt istotna? Na pewno problemem był ograniczony wybór kodeków. Łatwo było trafić na pliki, których przenośny odtwarzacz nie akceptował.
Znacznie popularniejsze były tanie urządzenia bez kolorowych ekraników. Ja około roku 2005 lub 2006 kupiłem odtwarzacz MP3 Creative MUVO V200. Tutaj już nawet w najbardziej budżetowej wersji dostawaliśmy 256 MB pamięci flash, więc kilka albumów mieściło się bez problemu, a koszt urządzenia wynosił jedynie dwieście kilkadziesiąt złotych. Ciekawa była jego konstrukcja. Składała się z dwóch niezależnych części. Jedną częścią był pendrive, który można było podłączyć do komputera i kopiować na niego pliki MP3 jak na normalną pamięć masową. Ta część miała również przyciski, ekranik, gniazdo słuchawkowe. Natomiast drugą część był uchwyt, który miał w sobie miejsce na jednego małego paluszka AAA.
Gdy włożyliśmy pendrive w tą część z baterią, to pendrive dostawał zasilanie, stawał się odtwarzaczem MP3 i na tej jednej baterii pracował kilkanaście godzin. Było to urządzenie bardzo fajne, małe, tanie, wygodne. Byłem z tego odtwarzacza bardzo zadowolony.
Innym artykułem z kwietniowego Entera jest tekst o tym, w jaki sposób backupować dane z komórek. Musimy pamiętać, że nie było wtedy jeszcze smartfonów. Korzystaliśmy z telefonów, które można określić teraz mianem „starej Nokii”. Nie wszyscy pamiętają, że te telefony komórkowe często nie miały żadnej pamięci na cokolwiek poza własnymi ustawieniami. W szczególności kontakty i SMS-y były przechowywane na karcie SIM. Taka karta, zależnie od generacji, mogła pomieścić od 50 do 250 kontaktów i kilkadziesiąt SMS-ów.
Jeśli nie kasowaliśmy na bieżąco odebranych SMS-ów, pamięć się przepełniała i telefon sygnalizował, że aby otrzymać kolejne, musimy skasować część istniejących. Oprogramowanie do backupu pozwalało tworzyć kopię bezpieczeństwa, głównie kontaktów, bo to było najważniejsze, ale także synchronizować dane np. z LOTUS-em albo oprogramowaniem Microsoftu.
Artykuł z kwietniowego CHIP-a opisuje zestawy kodeków, czyli taką kategorię oprogramowania użytkowego, której dziś w ogóle nie potrzebujemy. Ówczesny problem polegał na bardzo dużej liczbie rodzajów i wariantów bibliotek do kodowania ruchomego obrazu i dźwięku. Zdarzało się, że z powodu drobnych różnic w implementacji tych samych standardów przez różne biblioteki, nie mogliśmy odtworzyć jakiegoś pliku wideo. Cenione były więc zestawy kodeków o możliwie szerokiej kompatybilności, skomponowane w taki sposób, aby nie gryzły się same ze sobą.
Tekst opisuje 5 kodek packów w 9 różnych wariantach. Pamiętamy takie nazwy kodeków wideo jak DivX albo Xvid, pamiętamy kodek audio OGG Vorbis, ale mało kto dziś pamięta np. o istnieniu splitterów, czyli komponentów programowych rozdzielających pliki wideo na strumienie audio i wideo. Czasem w zestawie pojawiały się specjalizowane odtwarzacze, które pozwalały korzystać ze wskazanych kodeków ustawionych według samodzielnie zdefiniowanych priorytetów.
Plagą filmów nagrywanych wówczas na płytach CD z obniżonym progiem korekcji błędów, aby płyta pomieściła większe pliki, były drobne błędy powstające podczas odczytu. Dziś skutkuje to co najwyżej glitchem, wyświetleniem wideo z artefaktem graficznym, ale wówczas pojedynczy błąd kodowania potrafił zamrozić wideo. Czasem wymuszało to wręcz restart komputera. Zawsze zaś trzeba było ręcznie przewijać wideo do momentu za felerną sekundą, aby błąd nie wystąpił ponownie.
Potem pojawił się odtwarzacz VLC i wszystko pozamiatał. Miał wbudowane algorytmy, dekodujące wszystkie możliwe standardy o maksymalnie szerokiej kompatybilności. Nagle mieliśmy więc produkt, który odtwarzał zawsze, wszystko i wszędzie bez konieczności instalowania jakichkolwiek kodeków ani kodek packów.
PC World Computer przypomniał różne rodzaje ówczesnych kart pamięci. Z siedmiu przedstawionych na obrazkach standardów do dziś produkowane i sprzedawane są dwa. Pierwszy to karty SD – Secure Digital, spotykane w aparatach fotograficznych i wariant micro SD (inna nazwa TransFlash) stosowany wszędzie indziej. Od komórek, przez drony, GPS, kamery sportowe, aż po jednoukładowe komputery Raspberry Pi. Drugi z tych istniejących standardów to CompactFlash, dostępny w trzech wariantach, używany w profesjonalnych aparatach i kamerach.
Czasem zresztą aparaty dla zawodowych fotografów mają oba te gniazda – SD oraz CompactFlash. To pozwala na przykład rejestrować zdjęcia dla bezpieczeństwa równolegle na obu kartach albo na przykład zapisywać pliki JPG na wolniejszej karcie SD a pełnoklatkowe pliki RAW na szybszej karcie CompactFlash.
W przeszłość odeszły inne standardy, między innymi MemoryStick od Sony, używany we wszystkim co produkowało wówczas Sony, dostępny w dwóch fizycznych rozmiarach. Ten historycznie pierwszy przypominał kształtem i rozmiarem listek gumy do żucia, drugi był o połowę krótszy. Karty MMC – również dwa fizyczne rozmiary. Używane rzadko, w mało popularnej elektronice, głównie z Japonii. Chyba nigdy nie używałem żadnego urządzenia z kartami MMC, widziałem je w sklepie. Karty SmartMedia – stosowane głównie w starych cyfrach Fujifilm czy Olympus. Karta miała na obudowie charakterystyczną blaszkę ze stykami do odczytu i zapisu danych. W domu mieliśmy odtwarzacz MP3 pozwalający rozszerzać jego pamięć kartami SmartMedia ale do zakupu nie doszło bo maksymalny rozmiar tych kart to 128 MB, czyli połowę tego co odtwarzacz miał w standardzie. Karty XD – również Fujifilm i Olympus. Umówmy się – kto nazywa jakikolwiek prawdziwy produkt mianem XD? Chyba jakiś śmieszek. Ta emotka była w użyciu praktycznie od zawsze.
To wszystko w tym odcinku Retro-podcastu Informatyka Zakładowego. Kolejny odcinek tradycyjnie za miesiąc. Zapraszam do komentowania, zostawiania lajków. Nie zachęcam do kupowania mi kawy bo nie korzystam z takiej formy wsparcia. Chyba, że ktoś czuje, że koniecznie musi – ale i tak jedyna opcja to wówczas kupno paczki kawy ziarnistej i łapanie mnie na jakiejś konferencji, aby mi ją wręczyć. Nigdy się to dotąd nie zdarzyło, byłbym turbo zdziwiony.
Dobra, wystarczy. Do usłyszenia, cześć!
Retro-podcast Informatyka Zakładowego dostępny jest na wszystkich popularnych platformach podcastowych: Spotify, Apple Podcast, Dezeer, Pocket Casts, oraz na YouTube i jako RSS Feed. Powiadomienia o nowych odcinkach trafiają na Newsletter, zapraszam do subskrypcji (jeden mail na kilka tygodni i zero spamu!)
Uwaga edytorska: na tej stronie znajdziesz transkrypcję całego odcinka podcastu, zapis tekstowy został nieznacznie zmodyfikowany aby lepiej się go czytało.
O autorze: zawodowy programista od 2003 roku, pasjonat bezpieczeństwa informatycznego. Rozwijał systemy finansowe dla NBP, tworzył i weryfikował zabezpieczenia bankowych aplikacji mobilnych, brał udział w pracach nad grą Angry Birds i wyszukiwarką internetową Microsoft Bing.







